Pokazywanie postów oznaczonych etykietą córka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą córka. Pokaż wszystkie posty

13 grudnia 2021

Normalne życie.

 Ostatni tydzień córki w starej pracy i za drzwiami czeka kolejna praca, przygoda a może wyzwanie. Czasem jej zazdroszczę tych możliwości i normalności zawodowej. Ale i tak najbardziej się cieszę, że mogę troszkę jej pomóc w osiąganiu celów. 

Dlatego dzisiaj był dzień w kuchni. Jutro ostatni dzień kwarantanny najmłodszej i powrót do szkoły, więc jeszcze mogę ją te dwa dni porozpieszczać i niech leniuchuje na własnych zasadach. Ja wreszcie znalazłam moją babkową foremkę rozmiar większy, i przetestowałam przepis na babkę ajerkoniakową od Joli. Jest pyszna, mięciutka i z lekkim posmakiem ajerkoniaku. Na bank będzie gościć na stole od czasu do czasu, a może trochę częściej.

Wstawiłam też wszystko na pasztet z kurczaka i jutro będzie już dużo łatwiej  ogarnąć przygotowanie. No i w locie nafaszerowałam kurczaka po staropolsku w NinjaFoodi. O ile przygotowanie farszu zajmuje trochę czasu, to po wstawieniu do piecyka zapominam o nim i dopiero zapach ściąga na dół najgłodniejszych. I to by było chyba na tyle... Dominika skończyła ubierać choinkę, w tym roku jest prześliczna w kształcie i ubrana w całości przez Dominikę.  Trochę wczoraj się pośmiałyśmy z dziewczynami, bo za oknem było 16C .... pszczoły wyszły z ula i penetrowały okolicę w poszukiwaniu jedzenia. Jeszcze kilka takich dni a święta będą bardziej wiosenne niż zimowe. Dzisiaj trudno uwierzyć, że to grudzień. Za to uwierzyliśmy, że wirus znowu jest w natarciu i jego ostatnia wersja będzie dość wroga antyszczepionkowcom, więc współczuję tym, którzy nie uwierzyli w pandemię. Ale każdy odpowiada za własne decyzje.
A na koniec pochwalę się, przygotowałam trochę schabu do wędzenia na zimno, żeby dostać domową polędwicę łososiową i chyba faktycznie muszę popeklować trochę mięsa na mięso długo dojrzewające. Mając chłodny strych i kilka pomysłów, nie można sobie odpuścić dobrych smaków.

2 grudnia 2021

Renault Clio w dwa tygodnie.

Szalonych kilka dni.  Zmiana pracy Malwiny, oddanie auta za progiem i trzeba było wymyślić leasing najlepiej na już i z autem w ciągu miesiąca max. No i pierwszy wybór padł na kijankę, wybrana fajna hybryda, cena miesięczna całkiem znośna, ale jeden problem.... dopiero w lutym. Następny Nissan Juke, zgrabny i pasowałby nam jako trzecie auto rozwiązujące pierwszy problem. Ale dostawa koniec stycznia. Kolejny wybór padł na Renault Clio i tutaj początek stycznia.... a my musimy mieć auto najdalej 20 grudnia pod domem. No i nie ma lekko, szukamy, szukamy i telefon, czy może być clio ale kolor electric blue, bo tylko taki mogą dostarczyć (jest na stanie). Trochę negocjacji i wstępna umowa podpisana, tydzień na przetwarzanie danych i sprawdzanie i informacja o terminie dostawy.


Odetchnęliśmy wszyscy, a Dominika stwierdziła, że może być, chociaż ona i tak woli nasze stare auta..... 


Aktualizacja z 2.12: 
Umowa podpisana, auto będzie dostarczone 17 grudnia pod dom. 
Idealnie wszystko się zgrało w czasie. Logistyka Malwiny bije moją na łeb, na szyję. 


22 listopada 2021

Zmiana pracy po angielsku

 Nie ma to jak zakaz przeszkadzania w pracy... Po prostu zostałam wyrzucona z kuchni z prawem do powrotu jutro.... 
No to zostało mi już tylko pisanie, bo już nie mogę słuchać podcastów, oglądać filmów czy czytać. Kompletny przesyt, więc coś mogłabym robić....
Weź sobie piwo do laptopa i pisz na blogu. Może być o zmianie pracy po angielsku....
No to sobie popiszę z moich obserwacji w około, bo najlepiej widać z pozycji samozatrudnionej babci.
Dostanie pracy w Anglii to żaden problem. Córce kiedyś jeszcze w Polsce powiedziałam, że pozwolę jej wyjechać do UK, jeśli będzie miała kontrakt w ręce. Oczywiście po cichu liczyłam, że zajmie jej to trochę czasu i temat upadnie. Ale sromotnie przeliczyłam się, patrząc na zatrudnienie w UK przez pryzmat polskiego rynku pracy. Nie minął tydzień, a moje wtedy raptem 20letnie dziecko położyło mi przed nosem kontrakt, z tekstem:
- Poważnie mówiłaś, że odwieziesz mnie na samolot? Bo bilet mi załatwiają na czwartek.
Nie miałam wyjścia, nie mogłam się wycofać, a bałam się o nią jak cholera.
Od tego pierwszego zatrudnienia minęło naście lat, a ona ostatnie 10 lat nieprzerwanie pracuje w opiece. 

- Bo ja mama muszę pomagać ludziom, a schizofrenia i demencja jest taka pasjonującą. - To słyszałam za każdym razem, kiedy martwiłam się, że jest tak blisko starości, czasem blisko śmierci, a bywa, że pracuje z głęboką schizofrenią i jest swoją pracą coraz bardziej pochłonięta.
Jeden raz tylko postawiłam warunek, że musi być czas na pasje, dziecko i oddech od tej wyczerpującej pracy. Wtedy pomogę ci ze wszystkim co nie nazywa się pracą zawodową, bo ja lubię pracować z ludźmi, ale ten zawód jest w mojej prywatnej opinii jednym z najtrudniejszych i najbardziej obciążających psychikę. 
No ale miało być o zmianach pracy. Początki to był zwykły pracownik opieki. Oczywiście, że mający cały asortyment sprzętu do pracy, co nie zmienia faktu, że ta praca to pasmo wyzwań, jak poprawić jakość życia, jak przywrócić radość życia, a czasem tylko zaopiekować na tyle, żeby pozwolić spokojnie odejść.
Po najniższym szczeblu kariery nastał czas team leader'a, czyli kogoś na wzór kierownika zespołu czy koordynatora grupy, coś jak brygadzista w budowlance, że tak nieudacznie porównam te zakresy obowiązków. Normalny człowiek, wybiera bycie team leader'em w jednym domu opieki, ale nie moja córka... Ona została team leaderem domowej opieki na terenie trzech 'województw'. Oczywiście dostała porządny środek lokomocji, laptop ze stałym dostępem do sieci i całą łączność bez limitu, ale podopieczni z opiekunami rozrzuceni po obszarze od Londynu do 
King's Lynn'u, to bardziej praca kierowcy niż praca koordynatora. Żeby nie było za łatwo, w tym czasie zrobiła dwa kawałki NVQ z opieki i z kierowania zespołami. Oczywiście jak na szaleńca przystało z najwyższymi lokatami z obu. No ale nastał czas dreptania w miejscu, co nigdy nie było dobre dla nikogo, a szczególnie dla Malwiny. No więc uzupełnianie CV, wystawienie siebie na rynek pracy i aplikowanie to tu, to tam z pewnością, że to tylko kwestia czasu i zgrania potrzeby rynku z jej ofertą. Długo się nie naczekała. Kilka ofert bardzo dobrych musiała odrzucić ze względu na godziny pracy i czas dojazdu do pracy, czy oczekiwań firmy od niej. Schodzenie niżej nie wchodziło w grę. Praca satysfakcjonująca, dające mnóstwo doświadczenia, ale nie gwarantująca dalszego rozwoju, a coraz bardziej czasochłonna. 
Aż nastał czas tego telefonu, tej właściwej rozmowy kwalifikacyjnej i klikło z obu stron. Wspólny cel, gwarancje kolejnego stopnia edukacji no i firma dająca możliwości realizacji w praktyce projektów rozpisanych przy poprzednim dyplomie w praktyce. Został tylko element przejścia z firmy do firmy, czyli wymówienie i tu zostałam tak zaskoczona profesjonalizmem mojej córki, że aż przysiadłam. Wiem, że jest perfekcjonistką, jeśli chodzi o zachowanie wzorowych stosunków w pracy, ale to wymówienie nawet mnie mocno zaskoczyło. Warto czasem wziąć przykład z angielskiej kultury. Ciekawa jestem co myślisz o wymówieniu w takim stylu.

20 listopada 2021

Chyba ...

 Zebrałam kolejny OPR od mojej córki i co z tego, że ma 150% racji, mówiąc, że więcej mi da czytanie po angielsku niż po polsku, kiedy czasem łapie mnie jakiś polski tekst, a raczej polski tytuł, który wydaje mi się tak abstrakcyjny, że wchodzę i czytam..... oczom nie wierzę, trudno uwierzyć w to co widzę na ekranie ale słyszę z kilku źródeł, że to fakt, nie fake news i chodzę z tą wiedzą zbędną,

próbując zrozumieć, co jest przyczyną takiego upadku mojego rodzinnego kraju. Przyczyny same wyłażą z różnych kątów pamięci i przestaję się dziwić. Czy chcę o nich pisać? Raczej nie tutaj, nie jestem miłośnikiem hejtu tych w butach ortopedycznych i z panienkami od kupionych dyplomów. Wolę rzeczywistość na dzikim zachodzie, gdzie leasing auta to koszt 250 funtów, a minimalna cena godziny pracy to ciut powyżej 10 funtów. Gdzie kostka masła, taka 250g jak kiedyś w Polsce, to cena 1.45 funta, a kilo dobrego schabu w sklepie to 6-7 funtów. Owoce i warzywa są dostępne cały rok w takiej samej cenie z lekką obniżką cen w sezonie. Bardzo żałuję, że nie wyjechałam z Polski dużo wcześniej. Patrząc na możliwości jakie daje normalny cywilizowany kraj przeciętnie rozgarniętemu człowiekowi, należało to zrobić z pierwszą nadarzającą się okazją. No ale, było minęło, a ponieważ w mojej naturze nie ma płaczu nad rozlanym mlekiem, to cieszę się, że moja córka zrobiła to, na co nam zabrakło odwagi i poszła o krok dalej. Tu wsiąknęła w system i kwitnie mi z dnia na dzień. Wszystko oczywiście okupione jest ciężką pracą i zaangażowaniem w życie, ale co jakiś czas robi kolejny krok w swoim planie życia i nie cofa się. 

Patrząc przez lata na jej rozwój, jestem pełna podziwu dla jej planowania i realizowania swoich planów. Ani jednego dnia bez pracy przez cały okres pobytu w Anglii, wychowywanie samotnie córki, radzenie sobie z kolejnymi stopniami kwalifikacji i posiadanie czasu na liczne zainteresowania, to musi robić wrażenie. I jasne, że jej pomagam w realizowaniu tych planów, jasne, że wspieram w drodze do celu. Że jestem otwarta na słuchanie, na pomaganie trzymania tego wszystkiego tak, żeby działało, jak dobrze naoliwiona maszyna oczywiście w jej, ale również w moim własnym interesie. Jeśli ktoś tego nie potrafi zrozumieć, to musi mieć poważny problem z sobą. Dla mnie to kompletnie nieistotne.
Dlaczego to dzisiaj piszę? Bo nadchodzi kolejna epoka, a z nią wiele będzie się działo. 
Przyjmuję na grzbiet domowe obowiązki w ciut szerszym zakresie. Oczywiście dostaję wielką kuchnię, dodatkową zamrażarkę i rewolucję w półkach, szafkach. Wszystko będę miała pod ręką, z autem na podjeździe, bo biorę na grzbiet odbieranie wnuczki ze szkoły. Ale o moich rewolucyjnych pomysłach z kuchceniem napiszę, jak już wszystko będzie stało tak jak trzeba i zacznę przymierzać się do certyfikatu czystości. Na razie priorytetem jest realizacja pomysłu córki. Wstęp już jest zrobiony i dogrywamy resztę, bo kolejny rok będzie pełen wyzwań dla niej przede wszystkim zawodowych. Mam wielką ochotę postawić kawałek serwera w domu, gdzie można składować pliki dostępne dla domowników, z ew dostępem z zewnątrz dla niej. Coś prostego, taniego i niewielkiego acz działającego bez zarzutu. 
Po prostu czas na kolejny stopień wykształcenia i będzie potrzebne miejsce gdzie można w każdej wolnej chwili wejść i poczytać, sprawdzić itd.
Trzeba pomyśleć wreszcie o aucie, mi zupełnie wystarcza moja bryczka z bacikiem, ale czas na elektryka, bo ze zdaniem służbówki, czymś trzeba do pracy jeździć.... 
Jest jeszcze otwarty temat zakresu wiedzy na przyszły rok, tzn NVQ 5. 

Kiedy to piszę, dociera do mnie, że mam odlotową córkę, która czerpie z życia pełnymi garściami pomimo swoich błędnych decyzji, na których tak wiele się nauczyła. Czy chcę to jakoś podsumować? Jeszcze nie ten czas, może za kilka miesięcy. Może jedynie podsumuję to tak, że nic z tego nie udało by się w Polsce. Mogłabym podać długą listę dlaczego było to nie możliwe w kraju nad Wisłą, ale to też nie ma sensu. Najważniejsze, że znalazła swoje miejsce na ziemi, gdzie może realizować swój plan na życie i potrafi chronić swoją córkę przed kimś tak patologicznie skopanych, jak jej pierwsza miłość. 

2 października 2021

Weekend z urlopowiczką...

 Weekend rozpoczął się już w piątek. Chyba za sprawą urlopu Malwiny i świni. A raczej połówki świni, którą miała odebrać z ubojni od znajomego znajomego. Cały ciąg przyczynowo skutkowy a w skrócie po prostu znajomy znajomego załatwił dobry towar do zrobienia wędlin i wędzonek. Bo jak tu mi dogodzić, żeby szeroki uśmiech wyszedł na twarz. No więc od rana weterynarz i chipowanie Luny, później klientka po odbiór, później wyjazd po pół świnki i ze świnką w bagażniku po najmłodszą do szkoły i do domu. Oczywiście tutaj nie obyło się bez szerokiego uśmiechu nas wszystkich, bo świnka cudna, noże ostre i Malwina oczywiście oprawiła mi prawie 40 kg mięska tak, że mogłam już tylko porcjować wg schematu, to wędzimy w całości, to pieczemy, to pójdzie na kiełbasy. - No właśnie jakie robimy tym razem kiełbasy? - pytam dziewczyn.

- Babcia, dla mnie szyneczki i te kiełbaski co lubię. Ty już wiesz. - rezolutnie mówi nasza licealistka.
- Mamo, a białej też troszkę zrobisz? - tak przymilnie podpytuje moje dziecię.
- Myślałam, że białą zrobimy bliżej świąt, chociaż masz rację, trochę mogę zrobić. - moja córka uwielbia domową białą i nie potrafię jej tego odmówić, chociaż na końcu bardziej oczy chcą, a przejedzenie białą też rozsądne nie jest.
- Dobra trochę kiełbas na suszenie zrobimy tym razem kochane. Chcę mieć takie do powieszenia na strychu i jakieś krakowskie trzeba wreszcie zrobić. - i widzę ich aprobatę bo te suche schodzą bez problemu, ale już wiedzą, że tego zawsze ja pilnuję. 
To było wczoraj, poporcjowane mięsko poszło do wiaderek i do lodówek, a my spać.
A dzisiaj od rana kurierzy i o dziwo zamówione buteleczki dotarły w jeden dzień... 
- Mamo!!! - Słyszę z dołu moją córkę. - Mamo, jadę po mleko do sklepu a Ty się ubieraj i zalej kawę, już nasypana. Jak wrócę, powiem co dziś robimy.
- Ja robię mięso, znaczy kroję i solę. - odkrzykuję i słyszę już tylko odpalany mój starutki land rover. Powoli zbieram się w sobie i szykuję do zejścia na partery. Kuchnia lśni gotowa do dzisiejszych zadań bojowych, więc zalewam kawę i idę z nią do stołu. Właśnie wchodzi córka z siatami.
- Mamo, kupiłam łososia na obiad bo jest w super cenie 5.99 per kilo i mam zapas chrupków dla zwierzaków, no i o mleku nie zapomniałam tym razem.
- Śmiejemy się, bo dobrze wiemy jak czasem potrafimy pojechać do sklepu po jedną rzecz i wrócić z pełną torbą, ale bez tej jednej ważnej rzeczy. Bo i dlaczego nie?

Są buteleczki jest zabawa. - Mamo zlejemy nalewkę odsklepinową? Ja zrobię naklejki na butelki.... - Już wiem, że to będzie aktywny dzień, ale wiem, że jak nie pomogę, to zrobi sama wszystko, a ja będę nusiała robić obiad. No więc:
- Dobra, zrób nalepki a ja zajmę się nalewką, ale najpierw smakujemy, czy to już jest dobre - mówię i idę po kieliszki do likierku.
- Cholera pyszne! No to do roboty!
Czy to koniec? Ależ skąd. Było jeszcze filetowanie łososia i solenie. Było peklowanie mięsa na sucho w workach próżniowych, było krojenie mięsa na kawałki, solenie w wiaderkach i wyszło tego drobne 18kg. Tak zdecydowanie biała też będzie. Może nawet część lekko podwędzimy. 
Usiadłyśmy na luzie dopiero przy popołudniowej kawie i bez pomysłów na kolejny dzień się nie obyło. Malwina z Jurkiem wymyślili, że skoro jutro ma nie padać, to od rana skoczą na nasze pole i rozejrzą się za podgrzybkami. 

- Bo wiesz tato, namówiłam mamę na angielskie smażenie grzybów w maśle na kanapkę i to jest pycha. Musisz tego spróbować. Pojedziemy od rana? Budzik nastawię. Co ty na to?
Tym sposobem jutro się wyśpię. Wstanę dopiero jak wrócą i na popołudnie mamy zaplanowane robienie kiełbas. 
O kiszonych cytrynach będzie innym razem. Za jakiś czas, kiedy już degustację będziemy mieli za sobą.
A wieczorem żeby nie zapomnieć pogadałam ze Sławkiem, a raczej popisałam i tak po wymianie naszych opinii o przetworach, które lubimy jednak kupiłam maszynkę do mięsa.... Teraz będzie idealnie....
Właśnie dlatego kocham moje życie. 

3 czerwca 2021

Czerwiec to dobry dla nas miesiąc.

Czerwiec niesie ze sobą same dobre wieści. Po pierwsze mamy kolejny ul. Na szczęście ten pójdzie do ludzi, bo 4 ule to założony przez córkę limit. Pomimo zgody sąsiada na kolejne ule nie chcemy przekroczyć dobrych standardów i już.


Kolejny dobry news to kolejny stopień NVQ mojego dziecka, tym razem w managemencie i tu zaskoczenie dla wielu, bo zdała śpiewająco. Cztery końcowe egzaminy na najwyższym poziomie i opiniowanie na ostatni stopień tych kwalifikacji do zarządzania. Czyli wykonuje swój założony plan w 100% z górką.
Wisienką na torcie jest dziś decyzja sądu do pełnej opieki papierologicznej nad córką. Jeśli ktoś zapyta, za co kocham Anglię, to prócz tego co opisałam gdzieś w blogu dorzucę racjonalne podejście do wychowania dzieci. 
Tutaj dziecko jest bezdyskusyjnie najważniejsze i nikt nie bierze pod uwagę roszczeniowych żądań któregokolwiek z rodziców. Dziecko ma mieć zapewnione warunki do życia, wychowania i edukacji. I jeśli rodzic nie jest zainteresowany uczestniczyć w tym procesie, to po prostu jest pozbawiany praw do decydowania o tym procesie. Trochę zagmatwałam, ale jeszcze nie chcę pisać wprost co ja myślę w temacie tatusia...
Więc jak to mówią, mamy rzeczywistość ogarniętą bezdyskusyjnie i jestem dumną babcią, matką i żoną. 

14 maja 2021

Moja córka, moja duma.

 To cudowny dzień. To nie ważne, że pawia wypuściłam i przepraszaliśmy się wszyscy tak, że Malwina zaczęła się śmiać i stwierdziła, że za chwilę zaczniemy się kłócić kto bardziej kogo przeprasza. Tak to bywa na fotelu przy badaniach, które bywają trudne. No ale spoko, wytrzymam wszystko, żeby żyć i cieszyć się tym życiem.
To tylko chwila, która przeminie. Ale dzisiaj jest cudny dzień. Została jeszcze rozmowa czy dwie na żywo i dyplom w managemencie na kolejnym stopniu stanie się faktem. 
Kiedyś powiedziałam mojej córce, że jeśli już zapadła decyzja, że mieszkamy razem z woli obu stron, to niech pomyśli, co może zrobić dla swojego rozwoju, póki ja jestem sprawna i mogę ten dom prowadzić. Kiedy ja stracę sprawność, to będzie jej problem, więc póki mogę na to zapracować, to po prostu niech mi powie, co myśli na temat swojego rozwoju.
Mnie nikt nie pomagał, kiedy uzupełniałam swoje wykształcenie z rodziną na pokładzie. Nie było łatwo, dlatego taka moja propozycja. 
Dostałam oczywiście OPR, bo mamo Ty nic nie musisz, to że jesteś itd... No ale przemyślała, zobaczyła ofertę systemu, firmy i kolejny stopień teraz w dowodzeniu kończy na dniach, czy tygodniach. Kilka dni temu był najpoważniejszy egzamin i dziś nadszedł wynik na poziomie max, czyli powyżej 85%. Tak, jestem z mojej córki bardzo dumna i cieszę się, że z roku na rok czuje się w swojej branży pewnie i nie musi martwić się o jutro. 
Prócz pracy zawodowej, bez dnia przerwy od pracy, wychowywania córki jako jedyny rodzic i robi to tak, że lubię czasem posłuchać ich dyskusji i przepychanek z uzasadnieniami. Czasem nawet słyszę swoje teksty sprzed wielu lat... Tak tak, uśmiecham się pod nosem i nic nie mówię. Wymownie na siebie czasem spojrzymy, bo my wiemy, a najmłodsza za jakiś czas też będzie wiedziała. Ale to nie wszystko, bo pszczoły, bo fotografia, bo dbanie o rodziców i o wszystkie sprawy urzędowe. Tak, jestem z niej bardzo bardzo mocno dumna. A jeśli ktoś powie, no ale wybrała na męża idiotę! 

Prawda, ale czy to wina zakochanej dziewczyny, że uwierzyła idiocie, czy wina idioty, że nie wyszedł za furtkę bycia idioty i mimo upływu lat udowodnił, że nikim innym jak idiotą nigdy nie będzie? 
Chociaż może kiedyś się ogarnie.... Jakoś trudno mi w to uwierzyć, patrząc jaki przez te mijające lata pokazał swój stosunek do spłodzonego przez siebie dziecka. 

5 października 2017

Zęby mądrości skutkują głupotą?

Tydzień minął tak szybko, że nawet się nie obejrzeliśmy, a już za chwileczkę weekend. A z weekendem trochę znajomych do nasz wpadnie. A to na kalambury, a to po liście laurowe, których mamy sporo w ogrodzie. Trzeba wreszcie trochę przerzedzić nasz krzak laurowy. A to na wsparcie w pisaniu CV. Muszę powiedzieć, że moja córka jest mistrzem tworzenia CV pod konkretne stanowiska pracy na tym rynku. Komu nie pomogła po wcześniejszych klęskach poszukiwawczych, ten w tydzień, dwa dostawał to czego szukał. Umiejętność komunikacji dostała w darze od natury. A ja od poniedziałku dzień po dniu mam zajęcie i zastanawiam się, czy ktoś mi te zajęcia planuje, czy sama podświadomie tworzę sobie pracę po pracy. Wczoraj Malwina spędziła w klinice dentystycznej, bo trzeba było wreszcie wyciągnąć zęby mądrości. A że dostała ofertę: albo pojedynczo co kilka dni jeden, albo w znieczuleniu ogólnym komplet na raz, to po rozmowach z lekarzami, wybrała jeden dzień zabiegu z kilkoma dniami gojenia się kompletu dziur po ekstrakcjach. Wszystko trwało aż godzinę od wjechania do kliniki. Musiała przyjechać z kimś kto o nią zadba, będzie cały czas przyjmował informacje i zabierze po wszystkim, musiała podpisać, że nie będzie się przez dwa dni opiekowała dzieckiem i pracowała. No i dostała pakiet leków, pełne instrukcje jak dbać o siebie, aż do powrotu normalności w gębie.
No to miałam się kim opiekować po jej powrocie. Dominika była bardzo grzeczna i pomagała zadbać o mamę. A mama padła i przespała ciurkiem dobrych kilkanaście godzin, a później zamarzyła o jedzeniu, więc zrobiłam jej papkowate jedzonko pożywne i wartościowe w witaminy i białko. A co zrobiłam....
No więc upiekłam kurczaka z ziołami na ghee i z rosołkiem zmiksowałam na papkę. Ziemniaczki z ziółkami usmażone na patelni również zmiksowałam z rosołkiem i było drugie danie. A zupka oczywiście z buraczków i całego pakietu dobrych warzyw, żeby szybko się goiło. Wszystko oczywiście musi być smacznie przyprawione, bo nie ma nic gorszego niż papka bez dobrego smaku. No ale już jest dużo lepiej i jutro nic nie odwołujemy. Będzie gwarno i wesoło.
A to będzie dobry początek weekendu.

Ze spraw bieżących, to dajemy rady ze wszystkim, chociaż pracy przybywa w szybkim tempie. Ale, jak to mówią zawsze jest coś za coś.
A tu kilka zdjęć z tego tygodnia:





25 lutego 2016

Moje kochane dziewczyny.

Moje dziewczyny kochane, bez nich życie byłoby do dupy. A tak jest ciekawie, inspirująco i bardzo pozytywnie. Kiedyś, w czasach bardzo burzliwego dorastania mojej córki, kiedy ogarniał mnie stres za każdym razem kiedy wykręcała swoje młodzieńcze szaleństwa, moja koleżanka stwierdziła z przekonaniem:
- Pamiętaj, że jak to się skończy, będziecie najlepszymi przyjaciółkami. - wtedy potraktowałam to jak pocieszenie w tym trudnym czasie, ale teraz przypominam sobie jej ówczesne uzasadnienie i muszę powiedzieć, że miała rację po całej linii. Bez tego etapu w życiu, który dla rodziców jest najtrudniejszym egzaminem z życia, nie ma efektu dorosłości. Dzisiaj mam czasem takie dni jak wczoraj, kiedy chce mi się wziąć aparat w ręce i po-maltretować moje dziewczyny. Chociaż ostatnio widzę na zdjęciach, że teraz to ja trzymając aparat zlewam jakość fot, a one pozwalają się bezproblemowo fotografować. Czyżby nadchodził kolejny etap?




9 lutego 2015

Morisson i nasza marina

Dzisiaj będzie misz-masz. Domi powinna wrócić już do zdrowia, a nadal karat nie chce jej puścić. Za to udało nam się nauczyć naszego skarba brania leków z uśmiechem na ustach i pełną gotowością. Każdy ma swoje dyżury przy Domi, a ja zaczynam się lekko stresować co będzie dalej.
Tutaj panuje zasada, że dopóki nie ma stanu zapalnego, antybiotyków się nie podaje, co jest akurat słuszne, ale również dziecko normalnie chodzi z tym katarem i kaszlem do szkoły. Odporność zdobywana w trudzie od dziecka i własnie tutaj można spotkać szokujące nasz Polaków widoki przy temperaturze w okolicach zera człowieka na rowerze w sandałach na gołe stopy pomykającego w krótkim rękawku na rowerze. Albo dziewczynę z dekoltem i w cienkich rajstopach do mini biegnącą do pracy czy na uczelnię w grudniu. Ostatnio widziałam tak własnie mamę z dwojgiem dzieci, które były ubrane w 3/4 spodenki i drugie z krótkim rękawem na wiatrówkę, jak to u nas się mówi: wiatrem podszytą. Ponoć z czasem z takiego chowu przychodzi odporność, ale w tej wielonarodowościowej mieszance szkolnej Domi przynosi do domu wszystkie mieszanki szczepów katarowych z całego świata. Co się jeden skończy, to przynosi kolejny.
Lekarz nie czuje potrzeby zatrzymać dziecka w domu, więc wykluwa się z tego to to, to tamto co nas chwilami mocno przeraża.
Mnie dodatkowo przeraża fakt, że za chwilę zacznę terapię. Moja odporność pewnie zmaleje, a że trudno się separować od własnej kochanej wnuczki, poza tym trudno nie pomóc, kiedy oboje pracują czasem na nocki. Wtedy z Domi musimy sobie poradzić i lubi się w kulnąć do babci, przytulic i poczuć bezpiecznie. Nie mam pojęcia jak sobie z tym poradzić.
Jeśli macie jakieś własne doświadczenia to podzielcie się, może i mi się uda nad tym zapanować.

No ale jakis miły akcent by się dzisiaj przydał. Za oknem wiosennie, a w naszym akwarium zapanowała idealna równowaga. A wszystko to przez przypadek. Jakiś czas temu robiłyśmy zakupy w Morissonie. Dobra sieć sklepów stawiająca za punkt honoru świeże ryby i szeroki wachlarz owoców i warzyw.
Moja córka wypatrzyła na stoisku rybnym małże i ostrygi.
- Mama, wiesz jak to zrobić? - pyta pokazując palcem ostrygi.
- Widziałam to w Chorwacji, a dokładniej na samym końcu półwyspu Peljesac, w restauracji prowadzonej przez Rosjanina przygotowującego na oczach klientów owoce morza.
Najtrudniejszym wydawało się otworzenie ostryg i odrzucenie tej pokrywki, pod którą znajdowała się jadalna ostryga. No a reszta to bardziej dodatki niż jakieś specjalne przyrządzanie.
Cena 50p za sztukę do eksperymentu to żaden problem, najwyżej wyładują w koszu.
- Bierz córcia, tylko nie za dużo bo jak nam zasmakują to zrobi się więcej. - chyba własnie na to czekała moja córka. I zgadnijcie, gdzie wylądowały te ostrygi kupione faktycznie z umiarem. Tylko 5 sztuk?
Trafiły do akwarium, najpierw do kwarantanny. Mamy takie małe morskie akwarium dla krewetek gdzie trafia wszystko zanim zasłuży na akwarium właściwe. I na drugi dzień okazało się, że tylko jedna ostryga nie dala rady przeżyć. Tym sposobem na dzisiaj mamy w naszej marinie cztery ostrygi i krystalicznie czystą wodę, a rudy nalot, tzn plaga marin znika bezpowrotnie. O cześć ci Morissonie, że nie musiałam otwierać tych ostryg, a tym bardziej ich jeść. Jesteś dowodem, że owoce morza masz świeże i godne polecenia nie tylko ich smakoszom, ale również miłośnikom mariny.







16 czerwca 2014

Surprise.

Ostatnie trzy dni były mocno wypełnione zajęciami, zadaniami i spotkaniami.
Zaczęło się od piątku i zajęć rano z angielskiego. Nawet całkiem znośnie poszło. Jakaś praca domowa leży jeszcze do zrobienia na moim biurku ale niespieszno mi do niej.
No ale tekst Daivy po zajęciach : - See you later. - zabrzmiał jakoś  dziwnie. No nic ruszyłam sobie spokojnie do domu, przez Anglia Square do domu zaglądając do moich ulubionych sklepów i wgapiając się w wystawy.



Lubię to miasto, lubię ludzi w tym mieście a moi przyjaciele jakoś dziwnie się dzisiaj zachowywali. No ale każdy z nas ma jakieś swoje problemy, więc nie musimy być cały czas uśmiechnięci i szczęśliwi z życia. Czasem też możemy być zajęci sobą.
Z tymi myślami dotarłam prawie do naszej ulicy kiedy usłyszałam moją nową komóreczkę w torbie. Moja córka zaniepokojona gdzie się zgubiłam i czy nie trzeba po mnie wysłać ratunku...
to był pierwszy telefon który zauważyłam po zdjęciu słuchawek z uszu. Na komórce była długa lista nieodebranych połączeń od niej.... Jestem niepoprawna w swym utkwieniu w angielskim, ale angielski nadal najważniejszy i tak jeszcze trochę potrwa.
Przed domem czekała moja córka..... z szarfą urodzinową i przez ogród wprowadziła mnie do domu a tu moi najlepsi przyjaciele: Daiva, Hilda i Yusuf :D
Oszusty moje kochane czekali w domu aż dotargam się do domu :))))
Córka za moimi plecami zrobiła mi fantastyczne spotkanie z przyjaciółmi. Było słodko, było grillowo i było twórczo, bo Hilda ma własny komputer i też będzie w sieci. Mam nadzieję że nasza będzie długo i szczęśliwie się trzymała razem.
To bardzo ważne, mieć na  emigracji przyjaciół. Mieć z kim pogadać o tym co jest w stanie pojąć tylko ktoś w takiej samej, czy podobnej sytuacji. Ja mam Daivę, Hildę i Yusuf i cenię sobie to bardzo :)
Dziękuję Wam że jesteście kochani :)))