15 grudnia 2017

Moja pierwsza suszarka.

Ostatnie dni mieliśmy pod znakiem nadchodzących świąt. Taki wstęp do działań rutynowych już. Czyli najpierw prezenty, bo lista zamówień była obszerna, a ta od najmłodszej była długa jak papier toaletowy na nowej rolce. Na szczęście to poszło sprawnie, a kurierzy wzięli pod uwagę, że prezenty do nas dostarcza się między 9-tą, a 15-tą. Inaczej paczka się nie liczy. Ale to tylko element.
Wczoraj pojechaliśmy z Jurkiem na zwiedzanie miasta i tak zgadaliśmy się, że może jednak sprężyć się i kupić suszarkę. Do tej pory zawsze były ważniejsze zakupy, ale ostatnio strasznie zależało nam na odzyskaniu biura, a jesień to suszenie w domu. A co za tym idzie wiecznie rozstawiona suszarka, o którą obijamy się, bo nie znalazłyśmy dla niej sensownego miejsca. W porywach, kiedy pogoda jest bardzo angielska, potrafiliśmy wyciągnąć i drugą suszarkę, bo ilość prania wymagała poświęceń .... No i tadam, to już koniec naszych drucianych suszarek!!! Zadzwoniłam do Maćka i w trójkę, zanim Dziewczyny wróciły do domu wybraliśmy w Argosie suszarkę, zamówiliśmy i już tylko zostało poczekać na Malwinę, bo ten sprzęcik ze swoim opakowaniem, nie mieścił się ani w naszym, ani w Maćkowym aucie.
Podstępem pożyczyliśmy auto od Malwiny i kiedy chłopcy wrócili z suszarką, fajnie było patrzeć na karpia w wykonaniu Malwiny. Od zakupów minęły dwa dni, wszystko w domu wyprane przed świętami, nie zostało nic co można by wrzucić do pralki, a mnie nie udało się jeszcze ani razu sprawdzić, czy umiem obsłużyć ten nowy nabytek. Dwa dni Malwina z niewielkimi przerwami testuje zabawkę i jest pełna podziwu dla talentów tego urządzonka. Jurkowi też się zabawka podoba, bo łazienka na dole zyskała dodatkowy grzejnik. Znaczy, że jak suszy się pranie, to w łazience robi się ciepło jak w uchu, taki bonus, dzięki któremu chyba trzeba wstawić gazety do czytelni na dole.....

A co poza tym? Został tydzień do świąt, a my cieszymy się jak dzieci na Wigilię, prezenty i cały ten świąteczny nastrój. Chociaż ja już dostałam najcenniejszy prezent w tym roku:


Nikt nie przebije tego listu od mojego onkologa. Zawsze wie kiedy taki list postawi mnie na nogi. A znaczy tyle, że jestem zdrowa, że zabukował mi już scan podstawowy na kwiecień, o czym mnie poinformuje szpital pod koniec marca, ale już jest wyznaczona kolejna wizyta w kwietniu. Kocham ten system opieki i kocham mojego drogiego lekarza, że jest precyzyjny jak szwajcarski zegarek i pilnuje mojego zdrowia, że nie sposób odpuścić nic z jego zaleceń.
Z tego wszystkiego mam wielką ochotę pogadać z moją lekarką i może byłaby szansa odpuścić leki antydepresyjne... Zobaczę co powie...
Z rzeczy mało istotnych nadal ćwiczę angielski z Liz i kolejne książki z Polski dotarły do mnie, więc drążę temat kiszonek, prawie tak ostro jak Jurek temat wędzenia. Ależ stałam się łakoma na życie, na życie radosne małymi szczęśliwościami, zwycięstwami i okraszone angielskimi uśmiechami. 

12 grudnia 2017

Dałam radę...

Teoretycznie umawiamy się z Liz na godzinę nauki w poniedziałek i kwadrans pogaduszek w środę. A praktyka zupełnie z teorią się nie chce nam pokryć. Dzisiaj na ten przykład Liz przyszła zaraz po dziesiątej i przy imbirowym napoju Malwiny przegadałyśmy o klęskach żywiołowych do dwunastej.... Pomijam słownictwo, bo przy tej okazji poznaję mnóstwo nowych słów, zwrotów, ale dynamika tych rozmów zaczyna mnie przerażać. Przecież ja nie umiem gadać po angielsku!!! A po dwóch godzinach słyszę, że właściwie zaczniemy skupiać się tylko na gadaniu, bo gramatyka wyjdzie przy okazji. No i tak mamy w wielu tematach podobne zdanie. Trump to klęska USA, tak jak May nie daje rady w UK, bo marny z niej lider partii i planu na brexit jak nie miała, tak nie ma.
Porównałyśmy pogodę w UK i w Polsce. Różnice klimatów. Dzisiaj dałyśmy spokój dzieciom, bo Liz jedzie z synem na święta do Londynu, więc obgadałyśmy co kogo ominie, a co na kogo spadnie.
Mam całą bazę słów i zwrotów na określenie pogody, gramatykę jak z rzeczownika tworzymy czasowniki, czy przymiotniki i kiedy można a kiedy rzeczownik nie ma odpowiednika czasownika i ... już było południe...
Zawsze mam ten skurcz żołądka, że nie dam rady rozmawiać z Liz i kiedy wchodzi z uśmiechem i pozytywnym nastawieniem do życia wszystko odpływa i lekcja staje się wielką przygodą. To ciekawe doświadczenie i tylko moje dziewczyny i Liz upewniają mnie, że jest postęp, bo ja czasem go nie potrafię dostrzec, chociażby dlatego, że widzę górę wiedzy do zdobycia i ograniczony czas.