20 października 2017

Piąteczek z uśmiechem na twarzy.

Piąteczek za mną. Minął jak chwila, chociaż jak się zastanowić to sporo udało się mi się dzisiaj zrobić. Od rana chlebek domowy dla Rafała, a przy okazji zamówiłam drobne 8 kilogramów karkówki bez kości z pięknym mięsem. Tłustego dokładnie akurat na dobrą kiełbaskę, karkówkę wycięłam i pokroiłam do zaprawienia na niedzielne grillowanie, co trzeba było zmieliłam w mojej nowej maszynie do mielenia mięsa i nadziewania kiełbasy. Po prostu aż chce się robić. Dominice upiekłam chlebek tostowy taki jak lubi i bułeczki. Znalazłam słoik prażonych jabłek więc szybko zamieszałam w maszynie kruche ciasto na szarlotkę i między chlebkami upiekłam korzystając z rozgrzanego piekarnika. Na tym wszystkim nakryła mnie Malwina i nie miała siły nawet na mnie marudzić, że przesadzam bo zapach zrobił swoje. Uchlasnęła kromę i podzieliła mi mięsko na elemenciki fachowo. A za chwilę znowu pojechała do pracy, bo .... tak trzeba mamo...
A ja dokończyłam co zaczęłam, ogarnęłam kuchnię. Wieczorem Rafał wpadł po chlebek i po chwili gnał dalej bo jeszcze mnóstwo pracy przed nim a piątek nie jest z gumy. Ja zrobiłam sobie kawunię, ukroiłam szarlotkę i wreszcie usiadłam sobie w ciszy i spokoju. Życie jest piękne i pełne pozytywnych wibracji. Czasem coś zazgrzyta, ale zgrzyty uświadamiają nam zaledwie, że nic nie trwa wiecznie w niezmienionej formie.

A teraz jeszcze spokojnie poszukam jakiejś ciekawej zaprawy dla wieprzowiny, bo jutro trzeba wrócić do mięsa i dokończyć co się zaczęło.
 Bo to co w szynkowarze to tylko jedna część z ośmiu do ogarnięcia jutro.



19 października 2017

O raku ostatni raz w tym roku.

Dwa i pół roku życia od terapii raka za mną i ostatni skan nie wykazał śladu komórek rakowych. Czyli dzisiejsza wizyta kontrolna przebiegła pod hasłem: następny level, to pełen scan CT raz w roku i jedna obowiązkowa wizyta raz w roku, a jakby coś się działo, to telefon i wizyta poza planem w każdej chwili.
No ale zacznę od początku.
Po ostatnim tygodniu miałam dość wszystkiego, nie dość, że ja więcej leżałam niż chodziłam, to Malwinie posypało się auto, a co za tym idzie, zostało jedno auto do tego dwuosobowe na zakupy, załatwianie spraw wszelakich i do pracy. Przyjaciele oczywiście pomagali i jakoś przetrwaliśmy, co nie zmienia faktu, że ilość utrudnień nie nastrajała pozytywnie. Na szczęście daliśmy radę, chociaż jeszcze nie zupełnie i nie do końca. Dzisiaj stanęło na tym, że może jednak pojedziemy moim autem do szpitala, Malwina pozwoliła się mi się pierwszy raz wieźć od wieków. Już nie pamiętam kiedy ona nie siedziała za kółkiem. Na siłę nie pcham się za kierownicę, ale nadal lubię prowadzić. Zwłaszcza, że poziom kultury na drogach tutaj jest jednak wyższy niż w naszym kraju. Ten angielski spokój przenosi się na drogi i do codziennego życia nadając bardzo dobry rytm równowagi w życiu.
No więc ponieważ wizyta była zaplanowana na 14:30 dzisiaj, to wyjechałyśmy kilka minut przed drugą i na szpitalnej bramce na parking byłyśmy kilka minut po drugiej. Miejsce na parkingu trafione od pierwszego strzału. Jest zasada, którą wszyscy przestrzegają. Pacjenci na wizyty, zabiegi parkują na parkingu bliżej szpitala. Goście, rodziny przyjeżdżający w odwiedziny do pacjentów stawiają auta na parkingu dalej, po drugiej stronie drogi i spacerkiem idą do szpitala. Takie prośby pokazały się na ulotkach kiedy parking zewnętrzny został otwarty, bo miejsc parkingowych zaczęło w pewnych godzinach bardzo brakować. No więc zaparkowałam i ruszyłyśmy na recepcję wydziału onkologii. Tu dajemy zaproszenie na wizytę i zostajemy ręcznie wpisane w listę, że już jesteśmy na terenie szpitala. Do wizyty zostało 20 minut, więc zalogowanie się do wifi szpitalnego i zabijanie czasu. Nie zdążyłam się zalogować, moje poprzednie konto wygasło, więc zdążyłam zaledwie założyć nowe, kiedy pojawiła się kolejna pielęgniarka i wywołała mnie po imieniu i nazwisku. Doktor przyjął nas kwadrans przed czasem. Dzisiaj było krótko. Podsumowanie wyników, rak został ubity do ostatniej komórki, więc badanie możemy odpuścić. Za kilka dni dostanę zaproszenie na scan CT i po scanie mój doktor wyśle mi list z opisem wyników. Następna standardowa wizyta będzie w kwietniu. Opis co scan CT obejmie, czyli będzie to pełen scan od paznokci do czubka głowy z naciskiem na miednicę i zaznaczeniem miejsc, które mnie tak ostatnio bolały. Czy mam pytania?
Mam jedno:
- Jak długo pożyję?
- Długo, zadbamy o to.
- 10 lat dam radę? Na 10-ciu bardzo mi zależy...
- Myślę, że więcej.
Kocham mojego doktora za dzisiejszy optymizm, a pamiętam jeszcze o rokowaniach na początku tej drogi. Jak twardo stawiał warunki całej terapii, jak sprawdzał czy każdy element został dopięty tak jak zalecił. Jak cierpliwie wyjaśniał na czym polega leczenie raka. Co robi chemioterapia, za co odpowiada radioterapia i dlaczego jedno i drugie jest takie ważne. Ja żyję!!! Jasne że nie jest tak jak przed rakiem, że nie zawsze mogę zrobić wszystko tak jak kiedyś, ale nadal żyję, nadal dbam o moją rodzinę, nadal czuję się potrzebna na naszym pokładzie i nadal wiem, że moi bliscy mnie kochają, a ja nie chcę sobie nawet wyobrażać, że mogłoby mi ich zabraknąć.
No więc wyszłyśmy z gabinetu do recepcji z kartką od doktora. Pielęgniarka wzięła kartkę, w komputerze wybrała datę i jak zawsze padło to śmieszące nas pytanie:
- Czy może być 19 kwietnia o 2pm?
Wtedy zawsze nas korci powiedzieć, że może lepiej 21-szy o 1:30pm, ale za nami czekają kolejni pacjenci i odpuszczamy. Co w tym jest najdziwniejsze? Że od dwu i pół roku było tych wizyt sporo i nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy czekały na lekarza, a wielokrotnie lekarz przyjmował nas przed czasem. Zdarzało się za to, że dzwoniła pielęgniarka, czy nie chciałabym mieć skan dwa dni wcześniej, bo jest termin i jeśli mogłabym, to będą na mnie czekali....
I ta organizacja działa..... działają terminy, szacunek do pacjenta, szacunek do sprzętu, który nieużywany staje się bezużyteczny, szacunek do człowieka w całej rozciągłości. Tak, ten system zdrowia ma swoje wady, bywa że też popełnia błędy i oczywiście nie jest doskonały, ale przy naszym polskim systemie wygląda jak bajkowy świat w którym cuda się cały czas zdarzają.
A od jutra znowu jest dobrze, i co z tego że radioterapia to nie bułka z masłem i przyniosła kilka długoterminowych niedogodności. Żyję wolna od raka! Oczywiście mogłam postawić na gorzkie migdały, witaminę prawo czy lewoskrętną, sodę oczyszczoną i wiele wiele cudownych leków. Ale ja nie lubię wierzyć w cuda, znachorów i szarlatanów. Dopóki medycyna oferuje mi leczenie, będę z niego korzystała. Na cuda zostawiam sobie czas wtedy, kiedy medycyna rozłoży bezradnie ręce, wtedy chwycę się brzytwy.....