17 kwietnia 2018

Bredzenie po dwóch dniach leniuchowania w parterze.

Życie wróciło do normy. Czyli wstałam dzisiaj normalnie na kawę. Wreszcie bez tego ciągłego ziewania i marzenia o poduszce i pozycji horyzontalnej. Czas był już najwyższy bo Dominikę trzeba odbierać ze szkoły, nakarmić po szkole, zrobić coś do jedzenia. Zadbać o dzieciaki, bo zasługują na dbałość. A i nie zapomnieć o angielskim, o tym że Liz dla mnie wiele zrobiła, robi i ma założenie nauczyć mnie angielskiego jak należy. Dzisiaj kiedy przez okno zobaczyłam Liz to już wiedziałam że jestem totalnie nieprzygotowana do rozmowy, ale rozmawiać będziemy długo i z pomocą translatora dam radę opowiedzieć jej, jak było w Polsce i że jutro znowu będziemy rozmawiać o przyszłych lekcjach ESOL nie odpuszczając naszych spotkań z angielskim i wszystkim związanym z nauką języka. Oczywiście przy naszych zainteresowaniach realizowanych na łonie natury. Obie kochamy ogród i obie chcemy mieć dużo kwiatów i pięknych roślin.
Powiem szczerze, że wypad do Polski wydawał mi się takim wyzwaniem trochę na wyrost. Wiem jak się czuję po dłuższym dniu na wyjeździe i wiem jak później zbieram siły, żeby stanąć na nogi. Ale to był wyjazd konieczny i kiedy to zrozumiałam właściwie nie było o czym dyskutować. Po prostu trzeba było wykonać i tyle. Nie obiecywałam sobie po nim niczego szczególnego. Rak nauczył mnie, że planowanie i zakładanie scenariuszy nie ma najmniejszego sensu. Czasem trzeba poddać się temu co przyniesie los i pozwolić, żeby to właśnie los pokierował wydarzeniami. Tym razem to była dobra decyzja, poukładało się samo, przynajmniej na dzisiaj jest okey, a co przyniesie jutro? Zobaczymy jutro. A nad jutrem nie warto się dzisiaj rozwodzić. Trzeba robić swoje i żyć godnie. Zagmatwałam? O to właśnie chodziło :-)
Za kilka dni spotkanie z moim kochanym onkologiem i pewnie bilet na kolejne miesiące życia bez raka (Oby). Później już będzie tak ciepło, że zaczniemy jeździć nad morze i zaliczać odpływy i przypływy. Trzeba poszukać jakiegoś aparatu dla Malwiny, A my z Dominiką poszukamy sobie krabów w kamieniach, połowimy krewetki i będziemy dobrze się przy tym bawić.

PS.
Katarzynki mają opinię super ciacha.


Cienkie naleśniki do nutelli.

W naszym domu obowiązują dwie wersje naleśników. Jedne to cieniutkie jak papier naleśniki smarowane nutellą i składane na dwa, czyli na pół i jeszcze raz na pół.
Robi je się bardzo szybko wg przelicznika na jedną osobę:

Naleśniki cienkie na jedną osobę:

Składniki
1/2 szklanki mąki pszennej,
1 jajko,
1/2 szklanki mleka,
<1/2 szklanki wody (najlepiej gazowanej),
szczypta soli,
2 łyżeczki masła klarowanego czyli ghee.

Wykonanie jest banalne. Wszystkie składniki wrzucamy do mini blendera i włączamy 2-3 razy na krótkie mieszanie. Odstawiamy na chwilę, rozgrzewając w tym czasie patelnię (u mnie to taka chropowata, ceramiczna, idealna do naleśników i placków, bo rozgrzewa się, ale nigdy nie pali ciasta) i smażymy z obu stron po kilka minut. Po zdjęciu z patelni, placki smarujemy jeszcze ciepłe nutellą i składamy. 
U nas naleśniki to ulubione śniadanie najmłodszej, więc przepis musi tutaj być. 

Print

Print Friendly and PDF