21 kwietnia 2017

Plusy i minusy życia na wyspie

No to dopadł mnie problem ze spaniem. Nic nowego bo te 10 dni to jeszcze trzeba przetrwać jakoś udając że jestem twarda i wszystko jest tak jak należy. No i chyba dlatego dzisiaj napiszę sobie za co pokochałam życie na wyspie, a dokładnie życie w Norfolku. Na pewno za klimat, który mimo że najpierw rozłożył mnie na łopatki, żebym sobie nabyła własnej odporności i nie było to miłe. Pocieszałam się tylko tym, że wszyscy z kontynentu przechodzą taką aklimatyzację, a ja miałam i tak nieźle, bo miałam przyzwolenie całego teamu na chorowanie 
Za przychylność ludzi. Wyjaśnię o co mi chodzi. Wiele razy słyszałam opinię o Anglikach, że są chłodni w obejściu, że trzymają się na dystans i stosują chłodne wychowanie nie tylko w szkole, ale i w życiu. Więc zakładałam, że łatwo nie będzie, bo nie dość, że moja znajomość języka na przyjeździe była zerowa, to jeszcze miałam zamieszkać na obrzeżach miasta, żeby nie powiedzieć na wsi już. Z takimi założeniami przyleciałam tutaj i nastawiona na trudy dnia codziennego, emigranta z bloku wschodniego. Co prawda córka twierdziła, że nie muszę się niczym martwić, bo ona we wszystkim mi pomoże, bylebym jej pomogła z Dominiką, żeby mogła chodzić do pracy. Nie było nad czym myśleć, moja wnuczka zasługuje na dobrą opiekę, na babcię, na normalność. A jak wyszło moje zderzenie z rzeczywistością? Kiedy po pierwszym kursie angielskiego, takich zupełnie elementarnych podstaw odezwałam się w urzędzie pracy, chcąc Judi wyjaśnić, gdzie mieszkałam w Polsce i w czym Norwich i moje miasto są podobne do siebie, ona skupiła się maksymalnie na moim bełkotaniu i po chwili stwierdziła, że ona mnie zrozumiała i rozpłynęła się w zachwytach nad moimi postępami. Postępy były nikłe, a ja nadal byłam na etapie, mogę nawet coś powiedzieć, ale nie mam zielonego pojęcia co do mnie mówią. Nawet kiedy mówią wolno, to wyłapuję jeden wyraz i to ten najmniej istotny dla treści i ściana przede mną. Ale moim sąsiadom zupełnie to nie przeszkadzało. Ci najbliżej nas zawsze zatrzymywało się na kilka zdań aktywizujących mnie do następnej nauki. Już nie wspomnę o tych sąsiadach, którzy przychodzili sami z siebie, żeby poznać i dać szansę. Na dzisiaj jesteśmy oczywiście nadal emigrantami, ale takimi którym większość naszych sąsiadów przyszła powiedzieć, że głosowali za UE, a ci co nie głosowali, nie omieszkali powiedzieć, że to nie dlatego że my, tylko dlatego że chcieli.... i są argumenty. No i padł mi w ten sposób jeden mit, oczywiście nie wszyscy tubylcy są super ludźmi, ale też nie wszyscy emigranci są wzorcowymi obywatelami. Świat nie jest idealny, ale nasze miejsce do życia jest dobre i spokojne. A ja stosuję metodę porównań i kiedy coś mnie zaczyna irytować, to staram się sobie wyobrazić, jak to jest w we własnym kraju. I ostatnio bardzo szybko mi przechodzi. Przykład pierwszy z brzegu. Dzisiaj dostałam list z NHS z zaproszeniem na mammografię. Wszelkie listy z NHS, których się nie spodziewam podnoszą mi ciśnienie, bo wiem, że poza tymi zaproszeniami, które są zapowiadane, mogą być takie, które niosą ze sobą niezbyt ciekawe wieści. Dlatego zamiast zabrać się za tłumaczenie, zdjęcie i do córki. Odpowiedź przyszła w tempie błyskawicy. Mamo, to tylko zaproszenie na mammografię, zadzwonię i zapytam jaki ma sens w Twoim przypadku, kilka tygodni po CT z cyckami włącznie. Uffff, no i ciśnienie spada do normalności. Mammografia dzień przed wizytą w temacie CT rocznego. Głupia ja, bo widziałam tylko datę, później na spokojnie zobaczyłam podpis pani dr z departamentu dbałości o kobiety po 50 rż, że tak sobie zażartuję. A mammografia jest mniej dokładna od CT więc myśl kobieto, myśl, zamiast panikować.... powtarzam sobie na przyszłość.
Kolejny powód lubienia Anglii, to stosunek do pracownika. Teraz kiedy Dominika jest już w szkole i czuje się pewnie w tym systemie temat zszedł na drugi plan, ale pamiętam jeszcze czas kiedy córka chodziła do pracy, a ja byłam z wnuczką w domu i czasem dopadało nas coś, w temacie czego ja sama nie mogłam podjąć decyzji. Leki, wizyta u lekarza, czy wyjazd do miasta. Dzwoniłam do córki i okazywało się, że samotna matka otoczona jest opieką w pracy wg zasady: dobry pracownik, to taki któremu pracodawca ułatwia życie, a nie taki, któremu w razie pierwszych problemów mówi: szukaj innej pracy. Przykład z ferii, dopadło mnie jakieś grypowe świństwo z bólem głowy, kości i samozamykaniem oczu na stojąco, więc piszę do córki sms, że chyba odlecę za raz, bo już mnie oczodoły pod oczami bolą a z chodzeniem jest mało komfortowo i co czytam: ... Za 10 minut będę... Oczywiście że wolne należy odpracować, albo ma się mniej nadgodzin, ale nikt w pracy nie powiedział mojej córce, że praca albo rodzina i niech wybiera, jak to nagminnie słyszę z naszego narodowego rynku, który na ustach ma wszystkie slogany o rodzinie, a w praktyce.... ech, tak wolę podejście angielskie do pracy. 
Kolejna temat, tak spod kapelusza. W Polsce jeździłam autem bezwypadkowo 30 lat. Czyli pełen komplet zniżek przysługiwał mi, a i ja sama czułam się za kółkiem jak ryba w wodzie. No i tutaj po terapii raka kupiliśmy auto dla mnie. Oczywiście moje marzenie sprzed lat, taka nędza w wydaniu starym bo auto z 2001 roku, bez dachu, tylko z dwoma siedzeniami, za naprawdę niewielkie pieniążki, można powiedzieć 'z przeceny'. No i najpierw musiałam pojeździć z kimś, więc Maciek wsiadał ze mną i co dziwne, nie bał się że zginie na drodze. Ale po jakimś czasie usłyszałam, że mam jeździć sama i tu kolejna bariera, bo co ja zrobię, jak mnie zatrzyma policjant, a ja mu będę dukać 'Kali nie chcieć, Kali nie wiedzieć'. No i minęło trochę czasu, a ja już wiem, że tutaj policjant, jak mnie nie zrozumie to poszuka tłumacza na telefon i dogadamy się bez problemu. Mandaty są oczywiście droższe od tych w Polsce, ale bez przesady, i nikt nie robi polowania na kierowców, a ci jeżdżą o wiele spokojniej niż w kraju nad Wisłą. Uprzejmość na drodze jest mile widziana i tych szaleńców z głupimi pomysłami jest jakoś mniej, bo i system ubezpieczeń OC jest fajnie pomyślany. Wymusza po prostu dłuższą naukę jazdy od młodych kierowców, chociaż od razu pozwala im jeździć w ruchu. Wiecie, że dają radę. Naprawdę miło patrzeć jak rodzic cierpliwie czeka aż pociecha na 3 razy parkuje pierwszy raz auto na otwartym parkingu i robi to bardzo powoli i spokojnie.
Trochę sobie odpoczęłam przy pisaniu i chyba czas wrócić do kartek i kwiatków, bo za oknem dzisiaj pochmurnie i chłodno. Chociaż już bardzo zielono:  













A moje dziecko coraz bardziej dopieszcza ogród przed latem. Basen kupiony, rybki, żaby i traszka przetrwały zimę w oczku i mają się dobrze. W okolicy mamy kilka par sójek, kosów i drozdów, więc od świtu koncert ptasi mamy z urzędu.
A na koniec jeszcze coś o wnuczce i o szkole.... Nasza siedmiolatka dostała listę zajęć poza szkolnych... Szkoły wymyśliły, że skoro tak wiele dzieci uwielbia grać w minecraft, to trzeba zrobić z tego zajęcia poza szkolne z nauczycielem. To nie koniec, najpierw maluchy będą pod okiem nauczyciela poznawać zasady budowania w grze na serwerze szkolnym, czyli 30 maluchów, 30 tabletów w sieci szkolnej i nauka, po czym gra zespołowa w szkole, która zakończy się grą pomiędzy zespołami międzyszkolnymi w całej Anglii. No a kiedy dowiedziałam się, pod okiem którego nauczyciela będą odbywały się zajęcia, to jestem spokojna, że to będzie dobra zabawa dla mojej wnuczki, a i bardzo dobra nauka pracy w zespole, patrząc na jej grę w domu ze słuchawkami na uszach i przed ekranem..... telewizora, bo tego prawie nikt u nas nie ogląda. 
Kolejna szkoła do której moja wnuczka idzie jest dość religijna. Ponoć są dwie modlitwy w ciągu dnia, ale nie ma zgłupczenia religijnego, a jest mnóstwo wiedzy, pracy, współpracy i wysoki poziom. Kiedyś w Polsce też były katolickie szkoły o dobrym poziomie nauczania, ale patrząc na absolwentów KUL i Seminariów, to należy już do głębokiej przeszłości, a szkoła podstawowa... Jeśli rodzice się nie postawią rozsądnie i z planem to z roku na rok będę coraz bardziej pewna, że wybór miejsca do życia przekłada się na wiedzę zdobytą i pomocną w życiu. 

16 kwietnia 2017

Moje boje z tworzeniem.

Biegam po tej sieci i oglądam tak wiele wspaniałych prac, że czasem aż mną zakręci i muszę usiąść i spróbować coś skleić z tego wszystkiego co w głowie zostało. I teraz należałoby wymienić całą listę osób którymi się inspiruję na yt, na pinterest, na fb, na Instagram i na chińskich, japońskich i rosyjskich serwerach. Tylko zajęłoby mi to ponad pół nocy i nic by nie dało. Każde z nas tworzących ogląda mnóstwo prac i siadając do swojej własnej wkłada w nią doświadczenie zdobyte po drodze. Na początku są przeważnie prace odtwórcze z jakimiś elementami własnymi, ja nazywam to wprawkami warsztatowymi. Z czasem z tych wprawek zaczyna kluć się jakiś własny sposób na tworzenie (nie mylić z twórczością), ale tu przeważnie rodzi się coś własnego, bardziej lub mnie udanego, ale już jest w tym odrobina nas. Dlatego warto łapać każdą chwilę i próbować tworzyć, nie ważne czy powtarzać po innych, czy wymyślać i sprawdzać własne pomysły. Najważniejszy jest czas spędzony z naszym tworzeniem.
Ale to tak przy okazji mi się ulęgło w głowie. A na zajączka dostałam nową zabawkę:

 Nie wytrzymałam i przede wszystkim sprawdziłam go z gadżetem, który kupiłam jakiś czas temu, bo czas najwyższy uszyć trochę woreczków do lawendy i starym sposobem babć pozawieszać je w szafach. Ponieważ wszyscy lubimy zapach lawendy, to pomysł został zaakceptowany i poszaleję sobie. Zaczęłam od pozrywania pierwszych zielonych jeszcze gałązek lawendy, rozmarynu, mięty i melisy i posuszeniu ziółek w suszarce. Dom wypełnił się cudownym zapachem ziół a ja zapomniałam o bożym świecie przy prasowaniu tasiemek do woreczków na zioła. Nacięłam sobie kawałków bawełny na woreczki i zaraz po świętach zabieram się za szycie woreczków :) Co prawda mam jeszcze kilka pomysłów na użycie tego żelazka, ale na razie woreczki....