10 września 2014

Misz masz

Dzisiaj będzie lekki misz masz. Najpierw zacznę od ciasta. W naszych polskich głowach przywykliśmy, że gorszego jedzenia jak angielskie nie wymyślono. Muszę sprostować uczciwie. Gorsze jest amerykańskie, ale myślę, że i w tej kuchni jest sporo ciekawych i smacznych potraw. Nam jednak nasze markety serwują najgorsze wynalazki w wersji dla bardzo ubogich smakiem.
Co do kuchni angielskiej, to zaczynam ją lubić i nie dlatego, że zaczęły mi smakować marketowi gnioty. Nie dotykam pudełek z gotowcami ani w Polsce, ani w Anglii. Ale kocham szukać książki kucharskie, a te angielskie są dość ciekawe i tak sensownie opracowane, że przy mojej nikłej znajomości angielskiego, daję radę z nich gotować. Mogę powiedzieć, że opanowałam już podstawy pieczenia babeczek angielskich. Nie będę wklepywać tu przepisów, ale powiem tylko, że podoba mi się wcieranie cukru pudru w masło do zamoczenia całego cukru, gdzie właściwie z miską ceramiczną i łyżką da się szybko zrobić dobre ciasto na babeczki. Krem robi się oczywiście też na maśle z dodatkiem gorącego mleka. Babeczki są lekkie, często wilgotne w środku z kremem i wyglądają przecudnie. Moje już są smaczne, jednak wygląd jeszcze musi zostać dopracowany w szczegółach. Ale to fantastyczna zabawa i angielskie gospodynie potrafią z niej zrobić sztukę godną pozazdroszczenia.

Uzbierałam już w kuchni większość naczyń, sprzętu do kucharzenia i pieczenia, więc mogę się czasem pobawić w gotowanie  czy pieczenie. Co jest świetne? Świetne jest masło angielskie. W sklepie jest klasyczne zwykle masło solone i niesolone do wyboru. Świetne są serki do pieczenia w wersji oczywiście solonej i niesolonej. Ilość owoców i warzyw zaskoczy nie jednego, zwłaszcza w Morrisonie , który szczyci się szerokim asortymentem w temacie świeżych owoców i warzyw.
Tak, lubię wyprawy na zakupy zwłaszcza jak mogę sobie decydować co ugotować, czyli wtedy kiedy wszyscy zjeżdżają na obiad, co często się nie zdarza.
Tak jak ostatnio, dzień wolny i beznadziejna sytuacja, bo od bladego świtu czyli od dziewiątej ;) wyjazd do ZOO.
ZOO po angielsku to ciekawe doświadczenie. Pełna dbałość o zwierzęta i ich warunki bytowania, ale bez zapominania, że odwiedzający ZOO chcą zobaczyć te zwierzęta w ich naturalnym środowisku, ale jednak z bliska.  Do tego programy edukacyjne dla dzieci, co jest bardzo popularne. Czyli z biletem dla dziecka dostaje się kartę do zbierania pieczątek. Dzieci lubią takie zadania, a na końcu muszą paszport zdać i otrzymują oficjalnie medal z odpowiednim nadaniem rangi. Zwiedzenie ZOO można wtedy uznać za zaliczone. A to nie byle co, bo 5 godzin chodzenia po 100 hektarach w poszukiwaniu pieczęci, oglądanie wszystkich zwierząt i nazywanie ich dla czterolatki to nie bułka z masłem.