20 października 2014

NFZ kontra NHS

Dzisiaj będzie poważnie.

Jakiś czas temu dostałam śliczne zaproszenie na badania w wieku 50+. Co prawda całe po angielsku, ale usiadłam sobie i w ramach wprawek językowych przetłumaczyłam, Nie było nic o zagrożeniach, którymi straszyli mnie w Polsce, tylko takie uprzejme zaproszenie, że chcieliby mnie zobaczyć, poznać i przebadać, żeby upewnić mnie, że jestem zdrowa.
No i córka dodała do tego od siebie: 
- Mamo będziesz zaskoczona jak tu pacjent jest ważny, nie masz czego się bać.

No to ruszyłyśmy na te badania i okazało się, że coś tam pani technik odkryła i tu zaczyna się przepraszanie mnie, że chciałaby skierować mnie na inne badanie i że mnie przeprasza za to, że to badanie to za mało i że jestem pod dobrą opieką, znajdą i zrobią wszystko, żebym była zdrowa.
Przez chwilę zwątpiłam co się dzieje, ale córka powiedziała, że dostane wszystko pocztą i będę mogła to sobie spokojnie przestudiować...

Minęło kilka dni i dostałam zaproszenie na badanie do szpitala. Badanie miało odbyć się na konkretnym oddziale. Podana była godzina, miejsce, kto wykona badanie. Druga kartka była o tym jak pacjent ma się przygotować do badania. Czyli podejść bez strachu bo jest bezbolesne, lekki dyskomfort itd. Wszystko opisane w szczegółach nie pozostawiających miejsca na niewiadome.
Była oczywiście informacja, że jeżeli termin nie odpowiada, to proszą o telefon i bez problemu dostosują termin do moich oczekiwań.

Zaczęłam się bać i to nie na żarty. U nas takie pisma dostaje się jedynie z Urzędu Podatkowego jak chcą człowieka skroić do gołych kości. 
Sprawdziłam dokładnie, ale dopisku o utylizacji, czy długach podatkowych nie było... Tak mam bardzo ciężki żart, ale o tym później....

Znowu zawiozła mnie córka do szpitala i po wyrażeniu zgody na badania zrobiono mi biopsję. Fakt, badanie mało przyjemne, ale do bolesnych bym go nie zaliczyła. 
Spokojnie można wytrzymać bez zaciskania zębów, ale dobrą duszę warto mieć przy sobie.
Ja miałam moją córkę bom szczęściara w tym wszystkim, bo mam dobre dzieci przy sobie.

Miałam się nic nie martwić, tylko poczekać na korespondencję ze szpitala. Teoretycznie to bułka z masłem, ale słowo biopsja robi wrażenie i kieruje myśli tylko w jednym kierunku.
A ja zaprawiona w szpitalnej rzeczywistości polskiej jakoś miałam duży problem wmówienia sobie, że biopsja to takie nic nie znaczące badanie z którego mogłabym się śmiać.

Kilkanaście lat temu biegałam po lekarzach, żeby znaleźli przyczynę, dlaczego nagle z normalnej zdrowej kobiety zamieniam się w jeden kawałek potwornego bólu zlanego potem. Przebiegłam kilku lekarzy i bardzo się starali, wymyślając tak durne diagnozy, że ja zwykły laik medyczny przysiadałam z wrażenia.

Kiedy z uczelnianej toalety wyniesiono mnie pozginaną w paragraf i wezwano karetkę, to najfajniejsze było posadzenie mnie na wózku jak na dzikim, zgniłym zachodzie i wożenie po szpitalu od oddziału do oddziału. Po drodze zrobiono mi EKG chociaż serce mnie nie bolało, USG na którym zobaczono kamyczek w nerce wielkości ziarnka piasku i .... wypuszczono do domu po lekach przeciwbólowych z receptą na no-spa.
Poczułam się wtedy od razu lepiej, bo i tak było nieźle.... Nie usłyszałam, że sobie to wymyśliłam i że już jestem zdrowa.....

Za tydzień sytuacja się powtórzyła i tym razem przyjechała karetka z lekarzem na pokładzie. zostawił mi skierowanie do szpitala z zaleceniem operacji tym razem woreczka bo tam też był malutki kamyczek. Żadnych innych objawów poza tym potwornym bólem i ścinaniem z nóg nie było.

Jednak skierowanie do szpitala to już poważna sprawa i ignorowanie tego jest nie na miejscu. Tym bardziej, że bóle były coraz częstsze i właściwie wykluczały mnie z życia.
Zadzwoniłam do mojej rodzinnej z pytaniem czy dostanę karetkę bo o siedzeniu już powoli zapominałam i usłyszałam że robię fanaberie bo szpital mam na miejscu, a jak mi się nie podoba to może mi dać karetkę odpłatnie za sześć stówek. Odpuściłam, bo z głupim nie pogadasz o swoich podejrzeniach, a mądrych w tamtym czasie w tamtym szpitalu nie miałam okazji poznać.
To nie znaczy że mądrych nie ma, ale ja miałam cały czas szczęście do takich od no-spa i macania paluszkiem.
Poprosiłam znajomych od płaskiego długiego auta i ruszyłam do szpitala, w którym z dawnych czasów pamiętałam lekarzy starej szkoły, kiedy to jeszcze pacjent dla lekarza był wartością. I to nie tak, żebym uważała lekarzy za niedouczonych czy głupich, znam sporo lekarzy bardzo mądrych, ludzkich i świetnych w swojej profesji, ale w tym temacie i u mnie w mieście nie trafiłam na ani jednego, którego mogłabym tym mianem określić. Dzisiaj znam dwóch i chyba obaj są już na emeryturze... Chyba powinnam się już bać......
Skończyło się to wtedy guzem w miejscu którego nikt sobie nie mógł wymyślić, a czekanie od wstępnej już prawidłowej diagnozy do zabiegu i stwierdzenia że mogę przestać się martwić trwało cztery tygodnie. Najdłuższe cztery tygodnie w moim życiu.....
Teraz mam za sobą trzy tygodnie od wstępnej diagnozy, gdzie zostałam szczegółowo prześwietlona i zostały mi dwa dni do rozmowy: co z tym wszystkim zrobimy.....

Bez względu na to jak się to wszystko zakończy muszę napisać jak odbywają się badania MRI i tomografia w cywilizowanym kraju jakim niewątpliwie jest Anglia.