28 października 2014

Diagnoza

Skończyliśmy na tym, że dowiedziałam się o raku. Okoliczności są na tyle inne, niż podawanie diagnozy w kraju, że nie odpuszczę sobie wątpliwej przyjemności opisać, jak to się odbyło.

Dostałam zaproszenie na konsultacje z lekarzem, oczywiście wszystkie zasady zachowanie. Kiedy, gdzie, pokój poczekania, nr telefonu pielęgniarki, nazwisko lekarza i telefon, pod którym można zmienić termin wizyty gdyby nie pasował. Tak, zrobiłam wielkie oczy, bo w Polsce bez większego problemu zmieni się termin wizyty u profesora medycyny, ale u zwykłego lekarza z podstawową specjalnością, to już bezczelność ze strony pacjenta. Piszę z własnej praktyki i tylko na niej się opieram, chociaż to, co czasem słyszę od znajomych, jest jeszcze gorszym doświadczeniem.

Tak więc jadę z córką na spotkanie, kilka minut przed czasem dojeżdżamy do parkingu szpitalnego. Parking jest potężny i oprócz części dla personelu medycznego za darmo na identyfikatory, ma część potężniejszą, dla pacjentów i ich rodzin. Wjeżdżając pobiera się kartę jak we wszystkich parkingach w mieście, którą przed wyjściem ze szpitala opłaca się w automacie jak na lotnisku w Gdańsku, z drobną różnicą. Parking przed angielskim szpitalem jest mimo różnic w zarobkach dużo tańszy.

No to zaparkowałyśmy i ruszyłyśmy na spotkanie z lekarzem. Recepcja i miła pani pokazuje gdzie zeskanować kod z zaproszenia. Poczekalnia z wygodnymi prostymi fotelikami jak w przychodni we Wrześni, miejsce dla dziecka do zabawy, książeczki i klocki, obok podajnik wody i kubeczki.

Rozglądam się po twarzach, każdy przyszedł tu z kimś, mało kto czeka sam. Zastanawiam się, jak długo będziemy czekały, spostrzegam na tablicy wpisane kredą opóźnienia w przyjęciach lekarzy.
Mój ma 30 minut, więc spokojnie możemy zejść na kawę.
Naprzeciwko siedzi kobieta koło 40-tki o bardzo interesujących rysach, bardzo azjatyckich. Zastanawiamy się z córką dla zabicia nudy, z jakiego kraju pochodzą jej przodkowie.
Co jakiś czas wychodzi pielęgniarka, mówi głośno imię i nazwisko  pacjentki i podchodzi do osoby, przedstawia się z uśmiechem i zaprasza do gabinetu zadając po drodze pierwsze pytania kontrolne.

W tej samej chwili podchodzi 'azjatka' i pięknym polskim przedstawia się, mówiąc że została wezwana, żeby być moim tłumaczem. Spoglądam na córkę i słyszę:
- Lekarze chcą, żebyś dokładnie zrozumiała co chcą przekazać. - spoglądam na córkę i zaczynam łapać, o co chodzi....
- No dobrze, jestem gotowa na tą rozmowę.
Wchodzimy do pomieszczenia i tu lekki szok. Wchodzimy w czwórkę do gabinetu gdzie są trzy osoby.... lekarz, który wita się mocnym uściskiem, ktoś z plakietką 'oncology' i pielęgniarka, która wita się i zostaje przy mnie....

Powoli dowiaduję się, że mam raka. Że będzie trzeba przeprowadzić jeszcze kilka badań, żeby określić jego zakres, że najprawdopodobniej będzie jedna z trzech dróg leczenia na którą mój lekarz chciałby otrzymać moja zgodę. I tak spokojnie, przerywając chusteczkami i lekkim szokiem dowiaduję się, że dołączyłam do grona walczących z tą cholerną chorobą cywilizacji i czeka mnie poważna bitwa, albo wojna....

W międzyczasie patrzę na moją córkę, ona też się bardzo boi, ale trzyma fason. Zawsze była twarda, ale wiem, że to maska a w środku jest jednym bólem, jak ja. Trzymamy się razem.

I już tylko marzę, żeby zwinąć się w kłębek i wybeczeć z wielkim wrzaskiem: dlaczego to ku...a ja!! A po chwili myślę, że lepiej to ja, niż któraś z moich dziewczynek... zaczynam panować nad sobą, ale nie nad łzami.
Już wiem wszystko, lekarz upewnia się, że zrozumiałam, wspiera i mówi, że zrobi wszystko, żebym jak najszybciej była zdrowa, ale rozmawiać o tym będziemy dopiero po MRI i tomografii.
Żegnamy się i wychodzimy z pielęgniarką do pomieszczenia obok. Teraz dowiaduję się, że tłumaczka była zaproszona, żeby tej informacji o chorobie nie musiała przekazywać mi córka. To nieetyczne i nie chodziło o znajomość angielskiego, przeprasza moja opiekunka.... Umawiamy się, że w ważnych sprawach będzie tłumaczka, a w tych zwykłych moja córka. Jestem wdzięczna mojej osobistej pielęgniarce, a właściwie opiekunce na czas choroby.

Teraz pół godziny rozmowy z opiekunką, dostaję całą listę telefonów pod które mogę dzwonić jak mi źle, jeden z numerów zaznaczony bo jest po polsku, dostaję kartę wstępu do ośrodka przy szpitalu na masaże, spotkania z innymi chorymi na raka, tzw grupa wsparcia wszelakiego, bardzo prężnie tutaj działająca. Dostaję wizytówkę mojej opiekunki, do której mam dzwonić ja czy córka, jak tylko wyniknie jakikolwiek problem, w jakiejkolwiek dziedzinie zdrowia, życia czy czegokolwiek bezpośrednio czy pośrednio związanym z rakiem...

Muszę się skupiać, szok powoli opada. Dostaję dwie 'książki poradniki' w temacie raka. Ustalone zostają wstępnie terminy MRI i tomografii, które i tak dostanę potwierdzone pocztą. Dostaję wydrukowane opisy na czym polegają te badania i jak należy do nich się przygotować.

Trzydzieści minut z moją opiekunką ma podwójne znaczenie. Z jednej strony uspokajam się i moja córka też, na tyle, żebyśmy mogły wsiąść do auta. To nic, że jest z nami Maciek i to on będzie tym razem prowadził, ale jest też Dominika, a ona na razie nie musi nic wiedzieć. Nawet gdybyśmy były same, to po prostu już ciśnienie z nas schodzi i pacjenci w poczekalni nie zobaczą zrozpaczonych twarzy.
Po drugie, zaczynamy sobie zdawać sprawę, że w tej walce nie jesteśmy same i ktoś kto się na tym zna, pilotuje nas najlepiej jak potrafi. Jest po prostu do tego pilotażu dobrze przygotowany.

Pojawia się światełko w tunelu, że tą walkę można wygrać.....