25 września 2016

Takie tam pieprzenie wrednej baby.

Kolejna niedziela września. Jest ciepło, jest bez słońca, jest cicho. Rano dostałam kawę do łóżka. I zaczęło się o Polsce:
- Boże co oni wymyślają? Chcą skrzywdzić kobiety?
- Bo to pierwszy raz? Nie mówmy o tym od rana, bo nasze dwie kobietki są tutaj i nikt ich nie odważy się skrzywdzić ustawowo. - Tak, zaczynam być egoistką. Tak, przestaję się martwić o polskie prawo i pomysły na bezprawie w imię prawa. Jestem czasem wściekła na to co w moim kraju robi się zwykłym obywatelom. Kiedy czytam, że ktoś musiał zapłacić za wizytę do onkologa, krew się we mnie gotuje.... Bo w tym kraju, do którego przybyłam prawie trzy lata temu, a od dwóch leczę się onkologicznie, nikt ani razu nie zapytał mnie o pieniądze. Jedynie muszę mieć na wykup recept, ale to niewiele ponad osiem funtów za lek. I pewnie gdybym nie miała dochodów własnych ktoś zadbałby żebym miała na te leki. Co jakiś czas jestem pytana, czy pracuję, czy nie potrzebuję pomocy, ale nadal daję radę i to właśnie dlatego, że ten system pomaga funkcjonować samodzielnie jak tylko chce się coś robić. A w Polsce? Na chemię mistrzynie siłaczki jeżdżą po 600 km pociągiem, całe rodziny zbierają na leki, muszę pilnować kolejek, wpisów lekarzy za nich, bo zdrowie jest problemem pacjenta. Więc głównodowodzącym w chorobie jest często pacjent, a nie lekarz. Tutaj dokładnie odwrotnie. Ja mam za zadanie spełniać polecenia lekarza i zespołu. Oczywiście mogę się na coś nie zgodzić, mogę dyskutować, co jest tu bardzo pozytywnie przyjmowane. Mogę prosić o wyjaśnienie każdej wątpliwości. Niektórych wolę nie wiedzieć, bo nie lubię wybiegać za daleko w przód. Co ma być to i tak będzie. Na razie stosuję wszystkie zalecenia i czekam na kolejną wizytę kontrolną na gwiazdkę.
Ale też bez tej tableteczki fluoxetine 20mg pewnie miałabym depresję jak stąd do Polski. Mam prawo brać dwie tabletki dziennie, ale od roku biorę jedną codziennie i nie wiem, co to stany lękowe, czy depresyjne napady zdołowania tak częste przy raku. Po prostu wolę tabletkę, niż załzawione oczy, rozpamiętywanie tego co było, czy co będzie. Dla mnie moje samopoczucie jest najważniejsze. Najważniejszy jest uśmiech moich dzieciaków i wspólne posiedzenie przy stole w niedzielne popołudnie. Nawet kiedy życie nie do końca układa się wg naszych oczekiwań, to jesteśmy razem i czujemy swoje wsparcie. Tego właśnie życzę wszystkim ...
A ostatnio wzięłam się za książkę "Cesarz wszech chorób. Biografia raka" i stwierdzam, że powinni ją przeczytać wszyscy miłośnicy leczenia raka metodami alternatywnymi. I nie to żebym zarzucała coś metodom alternatywnym, bo sama dorzucam do wszystkich potraw zioła, pijam wodę z ziołami i jadam potrawy z zielskiem, białkiem i wszystkim nieprzetworzonym. Znaczy czasem zjem coś przetworzonego oczywiście, ale jako smakołyk, a nie podstawę jadłospisu.

 Po prostu moje ciało musi być zdrowe na tyle na ile musi być gotowe na ewentualną powtórkę z chemii. A to wymaga dbałości o szczegóły. Nie wierzę natomiast w to, że jedzenie zielonego groszku, który uwielbiam jeść, czy kanapek z zieleniną, szpinaku z jajem czy zupska z mnóstwa warzyw jesiennych uleczy raka. Tak naiwna nie jestem i wierzcie mi, że tak to nie działa. Pierwszy rak piersi został opisany dwa i pół tysiąca lat przed naszą erą w Egipcie, więc coś z chorobą cywilizacyjną bym tego raka nie mieszała.... Również po opisie jego działania mam wątpliwości, że medycyna szybko się z rakiem upora. Zrobiła kawał dobrej roboty, opanowała nieźle niektóre nowotwory, ale droga do całkowitego wyleczenia raka bardzo daleka... Ale to moje własne przemyślenia na pograniczu zdrowia, bo teraz jestem zdrowa, a przynajmniej tak twierdzi lekarz....
A ja chcę w to wierzyć i staram się żyć jak najnormalniej potrafię. Trzymaj się, widzisz, sprowokowałaś mnie do pisania o raku.... Ale jak pisać o śmierci, nie mam pojęcia.... Jeszcze, dlatego czytam .....