18 września 2016

Jesień czeka za progiem.

Zacznę od ponarzekania na pogodę :D Zeszły tydzień temperatura oscylowała w granicach 30 stopni powyżej zera i właściwie wejście pod prysznic kończyło się pytaniem:
- Czy ja jeszcze nie wyschłam, czy już się spociłam tak, że najlepiej zostać pod prysznicem do północy?
A jak skończyła się angielska sauna, to jej miejsce zajęła ulewa na angielską miarę. Czyli zaczyna padać i pada, pada, pada, pada, pada..... i tak do 17 stopni, po czym przestaje i wraca poprzednia wersja sauny... Dzisiaj mamy na szczęście formę przejściową, czyli nie pada i jest w okolicy 18 stopni czyli można robić wszystko na co ma się ochotę. Dlatego Jurek zabrał się za obiecaną mi szafkę przy łóżku, bo po przemeblowaniu na szafeczkę zostało bardzo niewiele miejsca. Narysowałam odręcznie szafeczkę i zostałam postraszona, że wieczorkiem już będę mogła sobie na szafce robić porządek po swojemu. Opłacało się kupić maszynkę do płyt mężowi. Wygląda, że teraz będzie chodził po domu i wyszukiwał co jeszcze da sie usprawnić. A to tylko maszynka na miarę prawdziwego faceta... A ja zamiast scrapować, robię obiadki, opiekuję się wnuczką, bo śluby, bo dzieciaki łapią godzin od usrania do usrania.... Ech chyba zastrajkuję sobie kilka dni i ruszę w świat, albo zadekuję się w pokoju i będę udawała, że mnie nie ma :D

Ostatnio mam tak, że czytam/słucham/oglądam coś i staram się zapamiętać, żeby zapisać swój własny stosunek do tego co dotarło do mnie, po czym brak lecytyny czy nadmiar zadań codziennych wypycha z pamięci temat i zostawia pustkę w głowie. Więc popiszę sobie zupełnie bez ładu i składu. Przede wszystkim dlaczego mam firmę craftową w UK, a nie w Polsce?
Gdybym miała legalnie prowadzić firmę craftową w Polsce, musiałabym w miesiącu zarabiać na pracy własnych rąk ponad dwa tysiące złotych. Wtedy mogłabym napisać, że mam firmę, która nie przynosi strat. Trzeba by było policzyć koszty zus, podatku, materiałów i narzędzi a to patrząc na moje biurko kilkanaście tysięcy złotych, w funtach powiem, że od ponad półtora roku miesiąc w miesiąc wydaję dwie stówki funtów, a bywają miesiące, że kolejną stówkę w narzędziach i materiałach dostaję od moich bliskich. Czy to dużo? Materiały do filcowania kosztowały nie też niezłe pieniądze, ale w tamtym hobby wyszłam po roku na zero. A tu cały czas wchodzi coś nowego, coś bardziej intrygująco wciągającego i ja to robię jednak jako hobby zarejestrowane oczywiście, bo w UK warto być uczciwym. Czy tworzę do szuflady? Coś tam w tej szufladzie mam zawsze, ale nadwyżki bez problemu zasilają stowarzyszenia rakowe, działa to bardzo prosto i bez zbędnej papierologi. Tu nikt nie zakłada, że kombinuję i chcę oszukać urząd. Co nie znaczy, że oszustwa nie wychodzą na wierzch i są zupełnie nieopłacalne dla oszukującego. Taka konstrukcja kraju. Mnie odpowiada.
No ale dotarłam do miejsca gdzie już coś odzyskuję z włożonych pieniążków w hobby. Moja córka zamawia do każdego ślubu u mnie zestaw opakowania płyt, a czasem klienci zamawiają pakiet kilku takich opakowań dla najbliższej rodziny. Piękne jest w tej zabawie to, że projekt jest mój, żaden klient nie próbuje i narzucać swoich pomysłów. Po prostu po obejrzeniu zdjęć ze ślubu sama decyduję o wyglądzie opakowania tak, żeby pasowało i jak mówi moja córka:
- Mamo, oni byli zachwyceni. - więc bawię się z pozytywną motywacją w kolejne projekty. A w między czasie robię kartki dla naszych sąsiadów, przyjaciół, do szpitalnej recepcji na świąteczne aukcje, bo nigdy nie wiadomo kiedy ja będę potrzebowała wsparcia. Po prostu tak się tutaj żyje i funkcjonuje wśród ludzi. A na co dzień cieszę tym co wyrasta w naszym ogródku. A z roku na rok wyrasta więcej. W tym roku cieszymy się z pierwszych jabłek, z pierwszych krzaków papryki, ale też z pierwszych bakłażanów i ze śniadania na patio z własnego ogródka. Zastanawiam się, czy nie uruchomić maszyny do pieczenia chleba i nie zacząć piec domowego chlebka, ale może jednak poczekam na piec do chleba.... Czyli żyję tak zdrowo, że czuję się zupełnie wolna od myślenia o chorobie. Co prawda często robimy napój imbirowy z miodem, cytryną i miętą. Genialny wynalazek. Dobrym wynalazkiem jest mieszanka zielonych ziół z pomidorami własnego chowu i ziołami ubitymi w moździerzu i powiem, że nic tak nie poprawia mi nastroju jak śniadanie na powietrzu zapite bardzo dobrą kawą z dobrym psychotropem na smutki. Po prostu nastrój to podstawa walki z chorobami wszelakimi. I im lepiej się czujemy psychicznie, tym łatwiej nam pokonywać potwora. Nie wiem, czy ta teoria ma podstawy w nauce, ale ja się jej trzymam mocno i jak dotąd wierzę w nią bo się sprawdza. Jak przestanie się sprawdzać, pewnie zmienię teorię, ale póki co jest OK!.