13 lipca 2016

Car crash i Travel Book.

Mam zakaz myślenia o Brexicie, martwienia się Brexitem i zastanawiania się, co jeśli... Pewnie dlatego moja córka dzisiaj wjechała mi w moje kochane autko i z miną straceńca poinformowała mnie, że nie zauważyła,

że stoję za nią... No tak, sama zwracam uwagę, że moim autem nie należy podjeżdżać za blisko bo ginie w martwym punkcie, więc zdrowiej zachować dystans... No ale, życie ma to do siebie, że czasem wymyka się spod kontroli i tak jak tym razem coś obrywa. Na szczęści koszt całego stłuczkowego crasha zamknie się w 7 funtach za nową tablicę, a zderzak kosztuje coś koło 20 funtów jeśli w okolicy będzie zielony, a jak nie będzie zielonego, to będzie jeszcze malowanie, bo farbę mamy. W czwartek mam dostać autko już bez śladów wypadkowych. Tak powiedział Maciek, kiedy ocenił puknięcie mojej córki w moje autko. A on wie co mówi, więc mogę spać spokojnie.
No ale od początku, bo wstałam jak na mnie bardzo rano, bo przed dziewiątą. Dzień zaczyna się zawsze od antyrakowego rytuału i leków, żeby żyło się lepiej i dłużej. Do tego już się przyzwyczaiłam i właściwie traktuję jak poranną rutynę leniucha.
Ale dzisiaj słońce zaświeciło prosto w okno i nabrałam ochoty na ... zupę grzybową. To nic, że kurek nie mogę trafić w żadnym markecie. Pomyślałam, że zastąpię kurki chińskimi grzybkami tymi większymi i tymi bardzo aromatycznymi mniejszymi. Efekt był zadowalający, tylko kolor nie jest tak zachwycający jak z kurkami. Zupa pachniała i smakowała i tyle dzisiaj musiało wystarczyć. A że dostałam tak bez okazji wiecheć róż od męża i super blachę do babki z kominkiem z tefala, to powstała babka, a do niej maliny z bitą śmietaną. Obiecane lody czekają w zamrażalniku, a ja mam kilka nowych pomysłów na kolejne lody, tylko ta pogoda trochę antylodowa....
Więc kontynuuję podręczny Travel Book dla dzieci wg tego pomysłu:



I na dniach przewiduję skończyć mój projekt:



Na dniach, bo teraz muszę zająć się pudełkami na płyty ślubne, bo to ważniejsze dzisiaj.