30 czerwca 2016

Leniwy dzień.

No i mam wolniejszy dzień. Kiedy wszyscy pobiegli do swoich zajęć i zostałam samiutka na posterunku zwanym domem zrobiłam sobie kawę, ukroiłam kawałek ciasta, tym razem to była lekko skopana karpatka. Po prostu krem nie był do końca jak należy schłodzony i lekko popłynął po cieście. Ale w smaku... nadal poezja.
I podłączyłam laptopa na patio, zastanawiając się, czy z tych grzmotów coś mokrego się wykluje, czy będzie tak jak teraz, przyjemnie niezdecydowanie, ale z idealną temperaturą powietrza, czy mokro i parno. Stawiam na parno i trudno mi na razie uwierzyć w deszcz dzisiaj. Może później....
Teraz mogę zjeść śniadanie. Takie w spokoju celebrowane w ciszy z dobrą książką, czyli owoc zakazany najlepiej smakuje. Kanapeczki ze smalcem domowej roboty, ogórkiem małosolnym i pomidorem. Po prostu mamy lato, więc rozpusta pełną gębą. Do tego tablet z dobrą książką (zdobyłam wszystkie książki ks Kaczkowskiego i mogę do nich teraz spokojnie wracać. Warte są tego nie tylko z rakiem na pokładzie. Oswaja z tematem bardziej życia niż śmierci ale jest w niej mnóstwo opinii z którymi się zgadzam, chociaż nasze poglądy na kilka spraw są różne, ale nie aż tak diametralnie różne, żeby nie cenić przemyśleń księdza Jana.

Myślę, co jest warte zanotowania dzisiaj tutaj... Na pewno wczorajsza moja wymiana zdań z Lisą. Od kilku dni nie widziałam jej i zastanawiałam się, co jest tego powodem. A tu wczoraj ruszam spod domu po zakupy, bo w sobotę będą dziewczyny, no i zrobię jakiegoś większego Pavlowa z owocami, a tu Lisa wraca do domu, więc macham łapką jak to w zwyczaju na naszej ulicy i zatrzymuję się na kilka zdań. Słyszę że jej wstyd że jest angielką, że wstydzi się za wynik Brexitu, bo nigdy nie przypuszczała, że jej rodacy tak głupio zagłosują. W pierwszej chwili nie rozumiem, ale po chwili do mnie dociera co mówi i dlaczego tak mówi. Lisa ma syna w Niemczech. Tam założył rodzinę, jest inżynierem-architektem wąskiej specjalności. Dobry specjalista od projektowania szpitali nietypowych. Lisa w weekend była u nich i mówi, że podając paszport na lotnisku za każdym razem mówiła, że głosowała za zostaniem bo ma maleńkie wnuczę w Niemczech i chce je jak najczęściej odwiedzać. Jej wszystkie dzieci głosowały za zostaniem bo tylko jedno pracuje w kraju, a pozostała dwójka ma pracę w świecie i to pracę swoich marzeń, więc nie może i nie chce od nich oczekiwać, że wrócą do Anglii. Poza tym ma do pomocy w szkole drugiego nauczyciela z Polski i to bardzo dobrego nauczyciela jak podkreśla. I ma nas, najlepszych sąsiadów (to już było maślenie, ale i tak milutkie ;) Lisa jest lubiana przez wszystkich, bo to bardzo dobra kobieta i fantastyczna sąsiadka.
No i odpiłyśmy sobie wodę z dodatkami niealkoholowymi i zjadłyśmy po ciachu. Ponarzekałyśmy na to co u nas dzieje się w kraju, umówiłyśmy na następną kawę przy kielichu, żeby oswoić  moje mówienie i wróciłyśmy do swojej codzienności.  
A teraz czekam na moją wnuczkę, a raczej na koniec lekcji, żeby moją kochaną wnuczkę odebrać z lekcji, usmażyć jej najlepszego schaboszczaka pod słońcem, z zielonymi patyczkami (czyt. zielona fasolka szparagowa) i barszczykiem z pasztecikami do popicia. Dzisiaj mamy babciowo-wnuczkowy dzień i obie bardzo się z tego cieszymy. Będzie malowanie, klockowanie i owadopodglądanie. Taka nasza babska rutyna zakończona bajkami na dobranoc, oczywiście po polsku bo od przyszłego roku wchodzi trzeci język i jeśli uda się babci pilnować polskiego, to moja kochana wnuczka będzie o jeden język na starcie do przodu. Mam nadzieję, że to jest wykonalne i nam się uda. A teraz zbieram się do szkoły.