2 marca 2016

Deszcz ze śniegiem, czy śnieg z deszczem.

No to Maciek znalazł mi hardtop do mojego MG. Nawet szybę tylną ma podgrzewaną. Zaklepał i po niedzieli dostanę dach, a w weekend trzeba zrobić miejsce na moje dachy od maleńkiej bryki. Już nie wspomnę o takim drobiazgu, że autko chodzi jak cykadełko i duża w tym zasługa Maćka. Jeszcze zrobi się cieplej i będzie można jeździć z opuszczonym dachem, co w tym aucie jest najsympatyczniejsze. No a córeczka dostała po ostatnich hecach z sercem aparat na miesiąc, żeby wyłapać rodzaj arytmii i tego co się tam w środku z sercem dzieje. Cały pakiet zabawek do aparatu, nr telefonu i pełna inwigilacja kardiologiczna. Dzisiaj chcieliśmy podłączyć ją do akumulatora, albo przynajmniej do jakiejś ładowarki, ale nie udało się, jeszcze usłyszeliśmy o naszym braku powagi. No to rzuciliśmy się do słownika o co chodzi z tą powagą, bo na wagę nie wchodzimy ani po ani przed. Nikt nie chce się stresować niepotrzebnie tymi cyferkami. Zwłaszcza, że Malwina przyjechała do domu z workiem ziemniaków, chociaż już jakiś czas temu stwierdziła, że nas od ziemniaków odzwyczai. Zabrała się za malowanie ziemniaka na fioletowo i ... odzwyczaiła nas. Nawet po doczepieniu uszu ziemniakowi, nie zyskał na apetycie. Dominika za to cała w skowronkach, bo ziemniak nabrał wyglądu, który trafił w gusty najmłodszej. Ja po dniu w kuchni, marzę o jutrzejszym dniu spokoju, kiedy nic nie będę robiła, nic nie muszę i mogę pokombinować kilka kartek na Ester. Szkoda, że nie mam pieczątek z polskimi napisami i nawet nie wiem jak się robi pieczątki. Ale co tam, nie zawsze można mieć wszystko. A ja i tak mam bardzo dużo, przede wszystkim szczęścia i fajnych ludzi w około. Czekam z niecierpliwością na foamiran i narzędzia z Ukrainy, licząc, że do końca tygodnia dotrą do mnie. A w międzyczasie zaczynam zaglądać do książek po angielsku i nie ma że boli, mnóstwo do nauki i koniec leniuchowania. Jeszcze zdążę się nauczyć jak należy tego języka. Ostatecznie mam tylu nauczycieli w domu, że nie uda się wykręcić sianem.



Ostatnie dni z Dominiką spędziłyśmy na przepędzaniu grypy żołądkowej. Znaczy ja wolę myśleć, że też miałam grypę żołądkową, a nie późne skutki radioterapii. Jakoś grypa żołądkowa lepiej mi brzmi. Jutro Dominika wraca do szkoły, prosto na święto szkolne z przebieraniem, więc strój już czeka i ze swoim Pony z ziemniaka, artystycznie wykonanym z mamą.  A za oknem miał być śnieg, a znowu dostaliśmy angielską wersję śniegu, czyli grad z deszczem, później deszcz ze  śniegiem a na końcu ostro popadało i znowu było mokro po angielsku.