29 grudnia 2015

Podsumowanie roku 2015

Podsumowanie roku 2015.... Normalnie trudno sobie to tak na zimno podsumować raptem 10 dni przed kolejnym spotkaniem w temacie jest ten rak, czy już go nie ma. No ale mam żyć normalnie z rakiem i traktować go jakby nie istniał, ale mam nie robić ....... tu długa lista zakazów i .... nadal żyć normalnie. Cholera jasna, czasem nie jest łatwo.
Ale od początku. A początek minionego roku zaczął się diagnozą: rak, kolejny punkt to była terapia, przed którą przeszłam cały długi cykl badań wykluczających w moim przypadku (lub potwierdzających przerzuty). Przerzutów nie było więc już w lutym zaczęłam intensywną terapię.
Ale zanim do terapii doszło, miałam doła giganta, którego dzieci zakopywały na wszystkie możliwe sposoby, jednym z nich było założenie mamie firmy handmade. Rób mama kartki i baw się przy tym, nie myśl, bo i tak będzie co ma być, a my i tak zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby niczego nie pominąć. Jesteśmy w tym wszystkim razem i tak będzie zawsze.
Wracamy do leczenia. Chemioterapia raz w tygodniu przez pięć tygodni i codziennie radioterapia przez pięć tygodni. Później kilka dni w szpitalu na radioterapii miejscowej w znieczuleniu. Jeśli mogę to w jakiś sposób podsumować to napiszę tak. Styczeń i luty to była największa do tej pory porcja strachu w moim życiu. Nigdy wcześniej, a nawet dzisiaj tak się nie bałam, chociaż miałam przy sobie kochające dzieci, świetny zespół medyczny i fantastycznych ludzi na chemioterapii i radioterapii. Nikt nigdzie nie popędzał, nikt nigdzie nie bagatelizował moich lęków/strachów i zwyczajnych przy tej terapii skutków ubocznych. To naprawdę było wtedy najważniejsze. Czuć, że nie jestem sama. Że kiedy bym nie nacisnęła dzwonka, nawet w środku nocy, to któreś dzieci przyjdzie i potrzyma mnie za rękę. Pogada, upewni, że nie zostanę sama i przyniesie nową paczkę zielonego groszku. Wtedy był to najlepszy pokarm, chociaż wszyscy twierdzili, że jestem ewenementem dając radę jeść surowy, zielony groszek. A mi smakowało tylko zielone, a groszek był jak narkotyk w każdej ilości. Sraczka po nim też, ale zielone było ważniejsze.
Codzienne jazdy do szpitala psychicznie obciążały moje dzieci, czasami trzeba było tę trasę pokonać dwa razy, bo od rana radio, a ja nonszalancko zapomniałam o badaniu krwi przed chemioterapią kolejnego dnia. Moje dziury w pamięci dotarły do mnie z opóźnieniem. Teraz kiedy powolutku się cofają, widzę ich wielkość i moją automatyczną chęć ich ukrycia przed bliskimi, żeby się nie martwili. Na dzisiaj nauczyłam się mówić o wszystkich dolegliwościach i wiem, że moje dzieci niczego nie zbagatelizują. Mają ze mną trudno, bo moja znajomość języka wadzi, ale są bardzo dzielne i chyba nigdy tak blisko nie byliśmy ze sobą, jak minionego roku. Myślę, że to się już nie zmieni.
W maju skończyłam terapię. I wychodząc ze szpitala byłam z całkiem dobrym samopoczuciem. Osocze, leki, wszystko działało bezproblemowo. Męczyłam się trochę bardziej, ale to mijało. Tu nie przeszłam operacji, tak jak to jest w schemacie w Polsce. Przy drugim stopniu nie wycinają raka, tylko zabijają gada z guzem radioterapią i chemioterapią. Co będzie dalej? Dzisiaj nie chcę nad tym się zastanawiać. Nad czym jeszcze nie chcę się zastanawiać? Na pewno nie chcę się zastanawiać nad przeszłością, nad tym co jest czyim obowiązkiem i jak kto się ma z obowiązków wywiązywać. Jest, jak jest i tak zostanie.
Liczysz na wsparcie przyjaciół przy raku? Z mojej perspektywy wygląda to tak, że pomoc dostałam przede wszystkim od córki. Takiej córki jak moja, życzę każdemu kto zachoruje. Po całej terapii i stwierdzeniu, że teraz mam żyć normalnie od córki usłyszałam:
- Będziesz żyć normalnie, bo do kraju nie wrócisz. Pojedziemy na wakacje, ale tylko na wakacje.
No i pojechałyśmy na wakacje do Polski. Długie nie były, ale starczyły na pozałatwianie zaległych spraw w Polsce. Likwidacji kilku długów, bo prawo w Polsce ma w dupie tych, co zachorują. Zupełnie inaczej jak w Anglii. Również prawo w Polsce ma w dupie, że ktoś mieszka poza krajem. Udogodnienia jakie są w Anglii nie wchodzą w grę i pewnie długo nie będą dostępne dla człowieka.
Ale daliśmy radę, nawet zostało trochę czasu na odpoczynek. Niewiele, ale zawsze coś. Nie starczyło tylko czasu na spotkania z przyjaciółmi. Trochę szkoda, ale najlepsi przyjaciele zrozumieli, a pozostali... nie ważne.
Powrót do domu odbył się bez niespodzianek. 1600 km dzieciaki zrobiły za jednym zamachem. A my z wnuczką pospałyśmy nawet trochę na trasie. Nadchodzi wrzesień, pierwsze testy i spotkanie z lekarzem. Nie jest źle, chociaż mogłoby być lepiej. Kolejne w styczniu.
A mnie po powrocie do domu synek namawia na auto, bo mama czas wrócić za kółko. W Polsce przed pożegnaniem mojego auta, pojeździłam sobie trochę i nawet mi się podobało. Chociaż dwa lata bez jeżdżenia za kółkiem objawiło się lękami przy wsiadaniu, to szybko ręce i nogi wpasowały się w coraz lepsze polskie drogi. Dostałam nawet zgodę na jeżdżenie z wnuczką, co jest najwyższym aktem zaufania. Wnuczka była super szczęśliwa i nawet zakupy porobiłyśmy takie super polskie.
No ale jakie auto.... Mamy Land Rovery, właściwie takie same, a ja nie jestem miłośnikiem wysokich aut. Lubię takie kaczuszki, co przyklejają się do drogi, mają przyspieszenie i po co mi cztery miejsca jak mam jeździć sama, albo z jedną osobą. Jak są trzy to i tak nie przebiję się żadnym autem przez ich zabawki.
- Maciek czy są auta z silnikiem landiego w wersji małej? - pytam dla odpędzenia pomysłu o aucie dla mamy.
- MG, Rover i pewnie coś jeszcze by się znalazło. - słyszę od synka. - Mama, taki MG mógłby ci się spodobać. Dwa siedzenia, dach opuszczany.. - kusi mój synek przyszywany.
MG to było moje marzenie sprzed wielu lat. Angielskie auta wtedy miały bardzo dobrą opinię, ale ich cena na polskim rynku była zaporowa.
- Masz jakiś konkretny model na myśli? - pytam ostrożnie.
- Mama jak chcesz to zadzwonię do komisu bo rano widziałem taki fajny, chociaż zobaczysz jak się w tym siedzi.
Za dwa dni byłam posiadaczką MG, wypucowanego do oporu i  gotowego do jazdy po mieście. Po drodze kilka MG sobie obejrzeliśmy, kilkoma się przejechaliśmy i wybraliśmy najlepszego, bo chodzi jak tykadełko kochane. Wiele nim nie jeżdżę, bo zakupy dzieci robią, do sklepów z rękodziełem też dziewczyny lubią ze mną jechać więc to córka prowadzi. Ale mam własną brykę i jak ładna pogoda to spuszczam dach i mogę sobie po babcinemu 'poszpanować' jadąc po przysłowiowy ocet do Asdy ;) Czasem oddaję kluczyki synkowi czy mężowi, a niech też poczują jak się jeździ czymś innym.
No jesteśmy już prawie na końcu roku. W tym roku umówiłam się ze znajomymi z sieci na wymianę kartek. Ponieważ moja kochana wnuczka zaczęła nam popłakiwać, że ona jedyna nie dostaje listów, a na reklamy mamy jej już nie nabierać. Do wymiany zapisało się wielu przyjaciół i znajomych, więc miałam zadanie porobić kartki świąteczne. Dostałam też kartkę od wuja z Polski co było
fantastycznie miłe. Z wielką przyjemnością powysyłałyśmy kartki do Polski. Dostałyśmy też piękne kartki z Polski ale też z Austrii i Szwajcarii. Dobrze mieć takich znajomych na których od lat wielu zawsze można liczyć, a ich grono zamiast się zmniejszać, coraz bardziej się powiększa. To cieszy.
I bez obaw, dostałam nową maszynkę do wycinania i w przyszłym roku zacznę robić kartki od maja więc wtedy już na pewno kartki dotrą do wszystkich przed świętami :)
Jakie są plany na Nowy Rok? Jest jeden najważniejszy.... Przeżyć ten rok i potworzyć trochę. Zwiedzić cały Norfolk i może polecieć gdzieś na wakacje. Nie chcę planować za daleko. W styczniu lekarz, później pewnie w kwietniu skany i znowu czekanie na wyniki. Wystarczy jak nauczę się panować nad lękami, potworzę, stworzymy piękny ogród gdzie świetnie się wypoczywa i zrobimy kilka wypraw po atrakcjach okolicznych. Może wyjazd do Polski, choć nie koniecznie. Bardziej chciałabym zobaczyć Hiszpanię czy zamki nad Loarą. Ale to marzenia na razie, bo jakieś trzeba mieć ;))
A jeszcze o czymś zapomniałam, mamy patio. Wreszcie można całe lato siedzieć na ogrodzie bezkarnie. Dla mnie to bardzo ważne bo na patio mam prąd, cień jak chcę i kawał porządnego stołu do craftowania. A najcenniejsze jest to, że oboje dzieci zaczęło naukę. Jestem z obojga bardzo dumna i szczęśliwa, że mam właśnie taki team rodzinny jak mam pod jednym dachem.
Jak to się dzieje? Nie mam pojęcia.....