22 sierpnia 2015

Chyba dotarło do mnie, że najważniejsze dla mnie jest to, co ja myślę i jak to odbija się na moim życiu. Niby oczywistość,a jednak zawsze miałam z tym problem.
Rak uświadamia nam, że nic nie jest na zawsze, nic nie jest oczywiste, nic nie jest tak trwałe, jak nam się wydaje, że wiemy.
Co sobie uświadomiłam ostatnio? Że nie jestem niezniszczalna i że mam jeszcze dużo czasu. Że skoro jestem młodsza od kogoś, to wcale nie znaczy, że będę żyła dłużej. Kurcze, przecież tego mi nikt rozumny nie obiecał, a jednak lęgnie się w naszych głowach takie przeświadczenie, że jesteśmy niezniszczalni. Jeśli ktoś umiera, to przecież chorował, takie życie, ale przecież to nie dotknie nas. My jesteśmy z innej gliny. U nas w rodzinie przecież nikt nie chorował itd. Więc kiedy nasz świat legnie w gruzach po diagnozie: rak, walimy głową w mur, trudno nam uwierzyć, że nas to spotkało, zastanawiamy się, gdzie popełniliśmy błąd, od czego to się zaczęło itd. Trwa to dość długo, dobrze jak w międzyczasie pilnujemy wizyt, badań i wszystkich procedur terapeutycznych i współpracujemy z najlepszym lekarzem, jakiego możemy w okolicy znaleźć. Nie jest łatwo. Jesteśmy przerażeni, nasi najbliżsi są przerażeni. Zwłaszcza ci, którzy są z nami codziennie na żywo, których chcemy ochronić. Nie chcemy zostawić właśnie teraz, właśnie w takich okolicznościach samotnie. Nie jest łatwo, na szczęście tak przeważnie jest, że po drodze w życiu zbieramy przyjaciół, albo takich, których za przyjaciół uważaliśmy.
Nawet nie wiecie, jak życie weryfikuje nam świat przyjaźni. Jest super jak zostanie kilku dobrych, pewnych i sprawdzonych w bojach. Nie zdziwcie się, kiedy okaże się, iż sporo z tych, których uważaliście za przyjaciół zwyczajnie zawiedzie. Da dupy na całej linii, że tak brzydko napiszę. Ale takie właśnie jest życie, weryfikuje nasze wyobrażenie o nim i stajemy twardo na ziemi. Możemy się załamać i wpaść w czarną rozpacz, ale ja proponuję pomyśleć sobie, że cholerny los daje nam kolejną szansę na poznanie nowego oblicza życia i nie ma co narzekać i wybrzydzać, tylko wybrać się w podróż po tym nowym nieznanym świecie z tymi najbardziej zaprawionymi w bojach, bo reszta towarzystwa nie nadaje się na taki trudny rejs i lepiej ich nie ciągnąć ze sobą, bo na bank zawiodą jeszcze nie raz zanim wystawimy ich na ląd, zdegustowani ich brakiem empatii, odpowiedzialności i zdolności przewidywania.
I tak właśnie traktuję mój obecny stan. Jak podróż przez życie z rakiem w tle. Nie twierdzę, że go dalej mam, ostatecznie po to przeszłam całą terapię po to, żeby ona ubiła tego raka, ale też że jestem wyleczona, bo najbliższe pięć lat będę monitorowana często na obecność komórek rakowych i zdaję sobie sprawę, że każde takie badanie będzie dla mnie stresujące, bo każde może przynieść mi niemiłe wieści. Jednak zakładam, że wykorzystałam w życiu już swój pakiet nieszczęść i zostały mi tylko szczęśliwe karty. No ale...... najtrudniejsze dla mnie jest nie myślenie. Stan mózgu pozbawionego chęci analizowania i wyciągania wniosków. Tak zostałam zaprogramowana społecznie, że nie jest mi wcale łatwo wyłączać myślenie o chorobie, o rodzinie, o byłych przyjaciołach. Na szczęście od czego ma się przyjaciół. Moja wiara w siebie rośnie. Słowo, że auto to nie przedłużenie mojego ego, mój warsztat, to nie źródło wielkich dochodów i dorabiania się na wyspie. Co na dzisiaj jest dla mnie najważniejsze? Dzisiaj na pewno kilka godzin spędzonych z moimi dziewczynami na ogrodzie i w parku gdzie postanowiłyśmy podjechać z hulajnogą, bo nasz asfalt przed domem chociaż równy, nie dawał rady. Wiecie co mnie zaskoczyło?
Na parkingu parku zajęliśmy ostatnie miejsce parkingowe, a plac dla dzieci był pełen i pękał w szwach. Dzieci mnóstwo i wszystkie świetnie się bawiły pomimo, że się nie znały. Nie słychać było kłótni, przepychanek czy kłótni dziecięcych. No tak, tutaj szkoły od 4 r.ż. uczą rozwiązywania problemów, zachowań w różnych trudnych sytuacjach itd... czyżby to była przyczyna?