4 marca 2015

Pierwszy dzień terapii

Nie wiem, czy dam radę opisać dzisiaj składnie wszystko, ale chcę to zrobić na gorąco, póki wszystko jeszcze pamiętam.
Dzisiaj na 1:00 pm miałyśmy zameldować się w szpitalu. Recepcja wykierowała nas na radioterapię, więc kiedy się połapałyśmy, że coś jest nie tak, córka ruszyła na zwiady. Trafiłyśmy na sale chyba niebieską i dostałyśmy stolik z trzema fotelami, ja dostałam ten najwygodniejszy z poduszką pod rękę. Przemiła pielęgniarka przyszła założyć wenflon i uwzględniła moją prośbę, żeby to nie była żyła na wierzchu dłoni. Mam takie cholernie zanikające żyły, że pielęgniarki nie mają ze mną łatwo. Podziwiam je za cierpliwość i precyzję. Do tej pory każde wkucie jest trafione za pierwszym razem, a po wyjęciu zostaje tylko mała kropka po igle. Co ciekawe, w domu wkucie to klasycznie igła pod łokciem, a tutaj na sugestię, że może żyła pod łokciem będzie bardziej widoczna, usłyszałam, że na tą żyłę pielęgniarka nie ma zgody. Może ktoś mądrzejszy ode mnie wie dlaczego i podzieli się ze mną tą wiedzą. Byłoby miło.

No więc wenflon założony i pada pytanie:
- Coffee, tea, yogurt? Biscuits? Have any special requests?
- Koffee with milk and one sugar please - okrasiłam uśmiechem moją łamaną angielszczyznę i dostałam piękny uśmiech i zaproszenie do dalszej rozmowy:
What do you like biscuits? - pada pytanie.
- Ginger biscuits are the best - kaleczę, ale i tak dostaję fantastyczny uśmiech i oczywiście ciasteczka imbirowe.

Później jeszcze przychodzi pielęgniarka po nowe słowa polskie bo prócz mnie jeszcze ktoś z Polski jest tu na chemii i jak jest okazja to się pouczymy wspólnie. To mi się zaczyna podobać :) Nie będę się nudziła, bo tego płynu wlewają we mnie sporo. Dzisiaj było lekko 2,5 litra. Woda, żeby żyłę przepłukać, później sterydy, żeby wzmocnić tabletkę powstrzymującą wymioty, później z chemią przygotowaną imiennie dostaję worek elektrolitów potas i coś jeszcze. No i właściwie już jest czekanie tylko, aż to wszystko spłynie do żyły. Wymiotów nie czuję do chwili obecnej. Co prawda grzecznie biorę leki anty wymiotne czyli Ondansetron 8 mg dwa razy dziennie, a jak nie da rady i jednak mnie sponiewiera to mam jeszcze Domperidone 10 mg i telefon do szpitala gdzie 24/24 czekają z konkretną pomocą. Leki dostałam, kiedy wyjaśniano mi, że dzień przed każdą chemią mam mieć badanie krwi i nie potrzebne mi żadne skierowanie, mam zajechać, wziąć numerek, dać żyłę do ukucia i dzięki temu na chemii dostaję wszystko co potrzebne i będą robić wszystko, żebym nie czuła dyskomfortu. Czasem zastanawiam się, czy ja nie śnię. Ale otwieram oczy i nadal mam raka....
Chemię zniosłam wzorcowo. Jak reszta naszego pokoju. Każdy tutaj przychodzi z obstawą i to pomaga, bo wsparcie drugiej osoby w czasie terapii, to bardzo dużo znaczy. Bez córki czułabym się dużo gorzej i nie pewniej. Jest dla mnie prawdziwym wsparciem. Z moimi dziećmi mogę pogadać o wszystkim. Czasem jednak, gdyby ktoś posłuchał nas z boku, mógłby być trochę zdziwiony. Wczoraj miałam takiego rakowego doła. To nie jest tak, że nie nachodzą nas myśli o przegranej. Czasem wpadają szparą w oknie i trzeba je wyciągnąć z głowy i przegadać, a tak naprawdę jest niewiele osób z którymi można przegadać takie drażniące myśli. No to zaczynam:
- Bo jakbym nie dała rady to zaklepiesz mi miejsce na cmentarzu za rogiem - rzucam w kierunku dzieciaków.
- Mama pójdę dalej, zobacz czy taki karawan ci się podoba, bo tak patrzę, że cię sam zawiozę na cmentarz - odpowiada Maciek. Patrzę na zdjęcie i widzę szyby w około i już nasuwają mi się głupie skojarzenia.
- Szyby mają być czyste, i obok ma być półka na obiektywy. - sugeruję. - i potrzebuję kartonową trumnę, bo to ma być vintage obowiązkowo. - zaczynam się nakręcać.
Po czym Maciek wstaje i pyta: - Mama, a ten karton po wężu ogrodowym to mam pociąć ci na vintage czy chcesz cały?
No i nie wytrzymałam: - Obowiązkowo cały, jak się w nim zmieszczę.. - I zaczęliśmy się wszyscy śmiać jak durnie. - Córka stwierdziła, że jakby ktoś nas posłuchał to nie uwierzyłby, że to działa, bo my się już niczego nie boimy. Jesteśmy gotowi na każdą wojnę i na każdą trudność. A że zdajemy sobie sprawę, że jak to na wojnie, może być różnie to śpimy spokojniej mając przegadane wszystkie scenariusze. Wbrew pozorom, mi to pomaga. Zwłaszcza, że dzieciaki potrafią przytulić i szepnąć do ucha: - Nawet nie myśl, że pozwolimy ci odejść. Jesteś nam potrzebna mamo. - i siły wracają podwójne.

No ale wyszliśmy z chemioterapii. I prosto na radioterapię. Nawet dobrze pupy w poczekalni nie posadziłam, a już słyszę swoje nazwisko. Najpierw wywiad, Data urodzenia, adres, czy wiem co będziemy robić? Opis tego co mnie za chwilę czeka, Czy mam pytania? Pytam czego mogę się spodziewać, jako skutki uboczne radioterapii. Będą lekkie zaczerwienia skóry po tygodniu naświetlań. Mogę brać prysznic, używać dwóch sprawdzonych kremów. W między czasie dostaję listę zakupów które są wskazane przy raku. Drugą listę przepisów. Skarpety szpitalne, pidżamka szpitalna wiązana godnie, żeby tyłkiem nie świecić i idę na spotkanie z maszyną. Dwie osoby ustawiają mnie na łóżku. Zagłówek pod głowę, pod kolana, podpora pod stopy i dwie osoby suwają mnie, żeby im się kropki tatuaży zgrały ze skanerem. Ja się obijam i nastawiam psychicznie na leżenie bez ruchu 15 minut. Nie powiedzieli, od którego momenty liczą 15 minut, więc nastawiam się na 20 minut, I warto było, bo jak maszyna ruszyła, to zamknęłam oczy i  to dziwne, ale poczułam jakbym płynęła na desce po morzu leciutko falującym. No i z takiego fajnego snu wybudziła mnie córka:
- Mamo, już koniec, możesz wstać. Widziałam wszystko i patrzyłam im na ręce. Są świetni i precyzyjnie trafiają gdzie trzeba. No to na koniec było:
- See you tomorrow - i obowiązkowo po polsku - do jutra. 
Tak, jestem w dobrych rękach i nadal nie poczułam, że jest mi niedobrze. Zjadłam obiad przygotowany przez Maćka (pycha) z pomocą mojej wnuczki i byłam w stanie obejść duży sklep. Mam nowe gazetki do scrapbookingu, a jutro przyjdzie paczka z Polski od Inspirello . W weekend coś trzeba stworzyć, a coś mi po głowie chodzi na początek.
A teraz znikam już pospać. Dobranoc kochani :)))



9 komentarzy:

  1. Te kwadraciki to serduszka. Ale Ty wiesz...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jasne że wiem, wiem że jesteś.... i nie myślę jak i dlaczego, ale dziękuję <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Już widzę jak z dzieciakami żartujesz , nawet słyszę :)
    Jesteś dzielna ! I bardzo cię lubię !

    OdpowiedzUsuń
  4. JOLUŚ OBY TAK DALEJ :)
    USS

    OdpowiedzUsuń
  5. AAA !! bym zapomniała : Ty jak zwykle wiesz co wybrać : takie kartonowe pudło to szybkie w recyklingu he he he

    OdpowiedzUsuń
  6. Recykling najważniejszy i słoik z okienkiem w pięknym ażurowym rysunku żeby było przytulnie z widokiem na komputer ;))

    OdpowiedzUsuń
  7. Widze tu calkiem niezly talent pisarski. Wyjdzie z tego pozytywna i bardzo energetyczna ksiazka.
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Grażynko :) Próbuję się rozpisać trochę bo jak mam przymusowo wypoczywać to chociaż czymś głowę zajmę :)))

      Usuń

Będzie miło jak skomentujesz :) Dziękuję :)