19 stycznia 2015

Przełom i nadzieja.

No dobra, czas spisać tutaj ostatnie doniesienia z linii frontu raka. Ostatnie spotkanie z lekarzem w piątek opóźniło się o dobre 30 minut. Siedziałyśmy sobie w pustej już poczekalni, a pielęgniarki przechodząc obok zagadywały, że nikt o nas nie zapomniał i zaraz będzie umówione spotkanie.
Miałam mieszane uczucia, nie ma mojej tłumaczki, więc może to dobrze bo ona jest od przekazywania najgorszych wieści, ale z drugiej strony jest 17-ta, czyli korki w mieście, bo wszyscy wracają z pracy i tłumaczka mogła utknąć w jednym z takich korków, a to może być powód opóźnienia spotkania.

Rak z przerzutami, czy rak w jednym miejscu? Kociokwik myśli był dołujący przez ostatnie 10 dni, a w tym dniu jego siła robiła w głowie degrengoladę na poziomie dobrze ubitego majonezu.
Wreszcie wyszła pielęgniarka i zaprosiła do gabinetu. Nogi miękkie jak z waty, w ustach suchość, szukam wzrokiem oczu lekarza i nadzieja umiera ostatnia....
Czekam tylko na decyzję, jest przerzut czy nie ma. Po uśmiechu, oczach i całej postawie już czuję to co za chwilę usłyszę. Kropka w płucach nie jest przerzutem. To tylko ślad, który mógł być po szczepieniu na gruźlicę, ewentualnie po jakimś zapaleniu. Kamień spadł z serca. Kuba miał rację, więc mówię, że mój przyjaciel lekarz mówił, że to najpewniej właśnie po szczepieniu. Lekarz się zgadza, ale twierdzi, że badanie było ważne bo teraz może spokojnie zaproponować terapię mieszaną. Trzeba było najpierw wykluczyć wszelkie przerzuty, żeby terapia mieszana była skuteczna. Teraz może mnie z czystym sumieniem oddać onkologom na leczenie, a po leczeniu wracam do niego na kontrolę.

 Wyniki są dobre, komplet badań mają. 27 stycznia mam spotkanie z zespołem onkologów i zaczynamy radioterapię i chemioterapię. Jej skuteczność w tym typie raka jest najwyższa, więc jest dobrej myśli. Gwarantuje mi, że mam najskuteczniejszą i najlepszą z dostępnych obecnie metod leczenia. Mam się nastawić na to, że terapia nie będzie przyjemna. Więc pytam czy wyjdą mi włosy.
- słyszę, że na pewno nie stracę włosów,
- będę miała suchą skórę, ale dostanę cały zestaw wspomagaczy na nieprzyjemności z tym związaną,
- będę miała odruch wymiotny, ale na to dostanę leki,
- tak, będę mogła normalnie brać prysznic, nie będzie problemu z moczeniem miejsca napromieniowania,
- będą mogły wystąpić skutki uboczne, ale one miną.... raczej....
- pierwsza część terapii to 5-6 tygodni, po czym będą 2 tygodnie przerwy i wracamy na trudniejszy etap już w szpitalu pod ścisłym nadzorem.....
To taki wstępny opis tego co mnie czeka, ale szczegółów dowiem się już na spotkaniu 27 stycznia.....
Moje prowadzące również potwierdzają, że metoda jest najlepsza w moim przypadku, ale moje samopoczucie jest takie odlotowe w tej chwili, że powtarzają w kółko, że będzie trudno i mam się na to nastawić....
Trudno, one nie rozumieją, że ja oczami mojej przerażonej wyobraźni zastanawiałam się jeszcze dzień wcześniej, czy będą w stanie popisać listy do wszystkich znajomych jak przegram i już czasu zostanie niewiele... tak tak, dzisiaj wydaje się to głupie i przesadzone, ale kilka dni temu własnie takie myśli chodziły mi po głowie.
Po powrocie do domu jak na skrzydłach mogłam przestawiać góry z radości. Jasne, że będzie ciężko, pierwsza część jest całkiem lajtowa, ale druga..... no dobra postaram się nastawić pozytywnie i na razie nie myśleć o tym co dalej, niż sięgam dzisiaj wzrokiem.
Dzisiaj jestem gotowa na dużo, nawet mimo że nie stracę włosów to ostrzygłam łepetynę na max 3 cm, żeby mnie nic nie irytowało w czasie bycia leniem gigantem jeżdżącym wszędzie łóżkiem bez grama chęci do życia w najgorszych momentach. Będzie dobrze, bo inaczej być nie może. Grzecznie piję sok z buraków z marchwią i jabłkiem i psychicznie zbieram siły, a fizycznie mam pokój gotowy do myślenia, że coś daje radę zrobić własnymi rękoma ;) O histerektomii na razie mam zapomnieć, bo nie wchodzi w grę... Dobrze to, czy źle.... na razie nie wiem.