2 lutego 2015

Cisplatyna

Czasem szlag mnie trafia i to wcale nie z powodu raka. Ten jest już dookreślony, zdiagnozowany i skierowany na konkretną terapię, którą zaczynam za 2-3 tygodnie najdalej. Więc dlaczego czasami przestaje pisać i myślę, czy powinnam opisać to wszystko, czy sobie odpuścić, bo jeszcze ktoś pomyśli, że robię to żeby się chwalić jakie to ja mam szczęście i jak zmyślam. A po chwili wraca zdrowy rozsądek i myślę, że bez względu na to co dostanę na końcu tej rakowej drogi, należy to doświadczenie opisać, chociażby, żeby w moim kraju otworzyć oczy tym którzy człowieka chorego na raka traktują jak człowieka gorszej kategorii, który jak ma pieniądze to niech sobie kupi zdrowie za kiedyś łapówki, dzisiaj nazywane dziwnymi formami ubezpieczeń czy prywatnym leczeniem na państwowym sprzęcie. To prawda, pochodzę z chorego systemu służby zdrowia, chorego kraju zarządzanego przez chorych na ekonomię ludzi, którzy dopiero jak sami zachorują czy zetkną się z tym co jeszcze rok temu chwalili są zdziwieni, że własnie zobaczyli chorobę nie tylko swoją, ale i państwa ze swoją polityką, że oświata, kultura i zdrowie musi się opłacać ekonomicznie. To tylko pod rządami chorych ludzi może być tak liczone.

No to jestem po kolejnej wizycie. Ech te procedury są dość męczące, ale ich zaletą jest to, że nic co nas dotknie po drodze nie jest pominięte. W Polsce dostawałam leki po których skutki uboczne były dziwne i dowiadywałam się że to od leków dopiero jak w panice wpadałam do lekarza. Kolejne zaskoczenie to fakt, że musiałam wysłuchać bardzo długiej listy zagrożeń, które mogą mnie dotknąć, pełnej listy skutków ubocznych ze śmiercią włącznie. Podpisałam kilka zgód, przy czym powiadomiono mnie, że te zgody mogę w każdej chwili cofnąć, a terapię przerwać. Oczywiście dostałam nową teczkę z pełnym materiałem dowodowym, do poczytania w łóżko gdybym nie mogła zasnąć. Został przeprowadzony wywiad domowy, instrukcja co zrobić gdyby moi bliscy nie mogli mnie dostarczyć na terapię z jakichkolwiek powodów. Transportówki NHS dowiozą, tylko trzeba zadzwonić godzinę wcześniej. Chemioterapia jest jedną z bardziej nieprzyjemnych w odbiorze przez pacjenta, z czym muszę się liczyć, ale dostanę wszystko co jest dostępne, żeby te objawy zminimalizować. Do portfela dostaję kartę, którą mam pokazać jak tylko poczuję się słabo, w karetce, lekarzowi, czy kto tam będzie siedział przy mnie poza szpitalem.
Hmmm wczoraj przeczytałam, że to właśnie w tym szpitalu opracowano test na wykrywanie wczesnego stadium raka kości z krwi. Idzie do realizacji. Że szpital ma bardzo dobre opinie w leczeniu radio i chemioterapii. Że w czasie tej terapii nikt im nie zszedł, a skuteczność pełnego wyleczenia tą terapią jest powyżej 80%.
Będę brała cisplatynę i radioterapię zewnętrzną w cyklach 1+4, 2 dni przerwy i tak przez kolejne 5-6  tygodni. Później druga seria radioterapii z chemioterapią pod ścisłym nadzorem na sali operacyjnej. Ale na razie czekam na pierwszą część, czyli rozpiskę godzin moich zabiegów i spotkanie z psychologiem, dermatologiem i dietetykiem.
Z dobrych rzeczy usłyszałam, że włosy na głowie nie wypadną, najwyżej się przerzedzą, ale z tym radzą sobie panie kosmetyczki i wszystkiego mnie nauczą. Ból na skali 1-10 będzie koło 9 ciu..... Pielęgniarka mrugnęła.... Już wiem, że jak mruga, to znaczy, że doktor lekko przesadza i one będą trzymały za rękę i szukały rozwiązania dla mnie.
No ale wróciłam do domu i buch do internetu. Wpadam na forum po polsku i czytam o tym chemicznym wlewie trwającym 4-5 godzin. Hmmm robi to Szczecin, czytam co piszę 30 latka mająca dwoje dzieci i jeżdżąca pociągiem na chemioterapię z okolic Rzeszowa do Szczecina i po chemii w pociąg znowu do dzieci.... I wierzcie mi, że nóż w kieszeni mi się otwiera na te karty onkologiczne, brak sprzętu do leczenia na poziomie europejskim i tą całą prowizorkę służby zdrowia...
Jak można zdjąć kitel lekarza, pójść w politykę tylko po to żeby brylować na salonach, jak można przez 12 lat bycia posłem być figurantem od składania rączek przed ołtarzem i wmawianie Polkom, że mają rodzić wszystko co jej w macicy zagnieździ facet, bo tak chce stwórca. Jak można nie zadbać o ustawy tak, żeby kobieta, która pracuje, ma ubezpieczenie, co miesiąc odprowadza składki koło stówy do NFZ musiała ubezpieczać się w czasie ciąży, bo są lekarze, którzy tworzą chory system finansowania badań, leczenia? Jak można pisać głupie interpelacje, zamiast zebrać lekarzy będących osłami, przepraszam za przejęzyczenie posłami i nie opracować uczciwej ustawy naprawiającej NFZ i służbę zdrowia, a lekarzowi dając narzędzia do porządnej pracy. No ale kiedy lekarzyna z bożej łaski lekarzem jest miernym, to leci w politykę i nadal jest miernym, ale politykiem udającym kompetentnego, choć średnio ogarnięty pacjent widzi jego niekompetencje.