25 listopada 2014

Czekanie i obserwacje codzienności.

Jeszcze trochę czekania, a zacznę chodzić po ścianach..... Nie ma nic gorszego jak niepewność i własna wyobraźnia, która automatycznie nastawia się na najgorsze scenariusze.
Że też optymizm nie jest nam dany w pakiecie życia. Wtedy pewnie czekanie nie byłoby aż tak stresujące. Chociaż podejrzewam, że natura nie znająca próżni wymyśliłaby inny pomysł na gnębienie naszego jestestwa.

No ale skoro nie jestem w stanie skupić się nad niczym sensownym, a bułki które upiekłam nie chcą się skończyć żebym mogła stworzyć nowe, zostaje mi pisanie.

Dzisiaj coś o medycynie, skoro już muszę z nią żyć za pan brat w najbliższym czasie, to mogę sobie po porównywać te dwa systemy służby zdrowia.

NFZ w Polsce to instytucja składająca się głównie z urzędników i miernych lekarzy. Na słowo mierny proszę mi się nie obrażać, bo logicznie podchodząc do tematu, nie wierzę, że świetny lekarz, który na swą świetność zapracował nie tylko teoretyczna wiedzą, ale i praktycznymi umiejętnościami w postaci specjalizacji i wdzięcznych pacjentów stojących w długim ogonku do niego, rzuca to wszystko i leci do NFZ bawić się w boga dzielącego życie czy zdrowie. Kto dostanie pełne leczenie, a komu zabierzemy darmowe leki ratujące życie, bo są za drogie.
Taka robotę może wykonywać jedynie miernota. Biorąc pod uwagę całość decyzji, które zapadają w NFZ trudno nie mieć takiego właśnie odczucia..

No a ja własnie dowiedziałam się, że muszę czekać do czwartku po południu na spotkanie z przeznaczeniem.... Jutro dostanę to jeszcze potwierdzone pocztą i też jutro dostanę kopię wyników wszystkich badań. Profeska? Tu nazywają to normalnością i patrzą na moją zdziwioną minę z pewnym niedowierzaniem....

Z kraju pamiętam ciągłe pisanie o potwierdzenie mojego ubezpieczenia. Co prawda mój osobisty lekarz potrafił wyjść i krzyknąć, że nic się nie zmieniło i nie muszą sprawdzać, ale i tak osoba, która za to była odpowiedzialna sprawdzała, żeby przypadkiem nie leczyć nieuprawnionych....

No to jak to jest w cywilizowanych krajach? W Anglii psa z kulawą nogą nie interesuje moje ubezpieczenie. Lekarz leczy, wszystko wbija do systemu NHS co zrobił. Wysyła na konieczne badania i do szpitala jak trzeba, a Ci od kasy sprawdzają jedynie czy pacjent jest uprawniony, czy nie i jeśli nie, wysyłają rachunek do domu. Jeśli system się pomylił, to spokojnie rachunek można anulować, a jeśli wysoki, to rozbić na wiele lat jak każdy dług w Anglii.
Pacjent dostaje pełen system wsparcia i pomocy medycznej, socjalnej i psychicznej kiedy choruje.

Dziwny kraj, gdzie nikt nie dyskutuje kogo leczymy, a kogo nie leczymy. Najważniejsze to wyleczyć bo człowiek jest najważniejszy.
Tylko tutaj lekarz dostaje wynagrodzenie za pracę, a nie za ilość etatów i fikcyjnych godzin w najdziwniejszych miejscach, gdzie czasem nie tylko jego nie ma, ale i pielęgniarki która u niego ponoć pracuje. Polski pacjent nawet się nie dziwi takim zwyczajom, a kiedy nawet taka sprawa trafi do sądu, to pies z kulawą nogą nie skarze takiego lekarza, bo to zawód dla wybrańców i akceptacja społeczna jest nadal wysoka dla takich 'niewinnych' przekrętów.

I konkluzja, dlaczego my nie potrafimy we własnym kraju wymusić normalności dla polskiego pacjenta? Czy to naprawdę wina tylko braku pieniędzy i naszej natury Smurfa Marudy 'i tak się nie uda'?