16 lipca 2017

Lipcowe dywagacje nad garnkiem ze skórkami avocado.





Tak to jest, jak mamy lato i życie przyspiesza, przenosi się na ogród i często nawet nie ma kiedy odpalić laptopa. Ledwie na tablecie czy komórce odwalamy prasówkę przy śniadaniu a później już tak wiele się dzieje, że dopiero przed zaśnięciem sięgam po laptopa i tak jak dzisiaj bardziej z obowiązku niż potrzeby trzeba spisać co się dzieje.   A dzieje się, Malwina pojechała na RIAT, największą chyba w tym roku imprezę z samolotami. I dobrze, bo potrzebny był jej wreszcie odpoczynek od codzienności. A my  zostaliśmy na straży domu, czyli w trójkę przy wsparciu Maćka rządzimy z wnuczką. A raczej to ona rządzi nami i całkiem dobrze jej to wychodzi ;) Patrzymy na to przez palce, bo za chwilę koniec roku szkolnego a do domu dostaliśmy cenzurkę z wynikami z egzaminów, przed kolejną szkołą. No i muszę się pochwalić. Nasza mała to wzór godny naśladowania. Wyniki są na najwyższym poziomie. Poza muzyką, z której ani chęci wielkich nie ma na razie, ani efekty nie są nadzwyczajne. Ale wszystko poza muzyką jest najwyższych lotów. Czyli zaangażowanie w szkole na same jedynki, efekty zaangażowania również pełno jedynkowe. W podsumowaniu piszą, że wystaje wysoko ponad oczekiwania, a od siebie wychowawczyni dorzuciła, że będzie za nią tęsknić, bo takich dzieci dużo nie ma....

No i pojechałam po pakiety lodów na patyku, bo bez nagrody trudno przełknąć takie słodkie wiadomości. To dostaliśmy w czwartek, a już w piątek, jakby było mało dostaliśmy całą torbę prac naszej najmniejszej w rodzinie. Wreszcie dowiedzieliśmy się co też ta nasza najmłodsza robi w szkole poza tym co nam sama powiedziała, czyli zazwyczaj: NIC, NUDA, NIE BYŁO CZASU NA MOJE  POMYSŁY, itd. Aż przestaliśmy pytać i czasem nawet kawałek ciastka ze szkoły przyniosła, bo byli w cukierni i robili własnoręcznie ....  Taka to komunikacja szkolna w rodzinie kwitła przez cały rok. Dzienniczek też był strasznie monotonny. Well done i tytuły książek. Żadnego rozrabiania i bycia niegrzeczną. W domu też grzeczna i kochana.... Ech aż głupio tak pisać....

No ale czas płynie, a z nim idą zmiany, więc niech się dzieje wola nieba..... i do przodu. Lipiec to dobry czas na zbieranie sił w jeden kawałek. Dwa lata temu ledwie trzymałam się na nogach i prawdę powiedziawszy, nie za bardzo wierzyłam, że będzie dobrze aż tak długo. A teraz czasem boję się wierzyć, że to już za mną, że jestem zdrowa i mam duże szanse na zatrzymanie tego stanu na długo. Boję się zapeszyć, boję się myśleć, że będzie dobrze, bo wiem co będzie jak to świństwo wróci. No ale żyję, cieszę się każdym dniem i staram się za bardzo nie skupiać na myśleniu o rzeczach, na które nie mam żadnego wpływu, ani o sprawach, które toczą się własnym rytmem i już nie będą moimi sprawami. Życie bywa właśnie takie, nieprzewidywalnie zamotane i trzeba przyjąć je na klatę, z bagażem jaki nam daje do dźwigania.
A ja zabieram się za kolejne wyzwanie i zbieram cały arsenał do eco printu. Co prawda na początek zaczęłam od barwienia naturalnego, ale drukowanie liśćmi i kwiatami już czeka w kolejce. Jutro lecę z Maćkiem o świcie na carboot, po żelastwo, bo trzeba z czegoś wykrzesać wodę zielazianą, a i rdza się przyda. A że czas mam tylko do dziesiątej, to muszę wstać bladym świtem o siódmej, przebiec szybko całe pole zaglądając w kartony z żelastwem i szybko wrócić do domu. Chyba że Dominika się jednak obudzi jak się odgrażała i pojedzie z nami.....