12 marca 2016

You're the best dad in the world.

Sobota rano i wszyscy w domu. Bardzo lubię ten czas kiedy zaczyna się weekend, wszyscy są w domu i dom budzi się leniwie do życia. Kaszel? Dominika znowu przyniosła sobie coś ze szkoły co wcale dobrze się nie zapowiada. Syrop, herbata z miodem i zobaczymy co z tego wyniknie.
Słyszę skrobanie do drzwi i ... dostaję kawę do łóżka i oczekiwane przesyłki. Nasz listonosz w sobotę też uszczęśliwia nas paczuszkami. Dotarły serduszka z Chin i długo oczekiwany klej silikonowy. Super, bo wreszcie będę mogła zabrać się za foamiran. Wczoraj kombinowałam z klejem na gorąco i mam paluchy całe poparzone od formowania za gorącego kleju. Dzisiaj sprawdzę kolejne pomysły, aż trafię na najlepszy sposób.


 Za oknem jasne niebo, deszcz nie pada i zapowiada się wiosenny, miły weekend. Chyba powinnam zejść na poranną kawę, ale najpierw dokończę wpis i posłucham sobie tych pozytywnych rozmów z dołu. Tego zainteresowania w głosie, kiedy pytają i pochylenia się nad tematem, żeby było dobrze. To jak tykanie dobrze ustawionego zegarka szwajcarskiego. Lubię te pozytywne dźwięki i atmosferę takiego właśnie domu. Czasami zastanawiam się, czym to się różni od tego co w Polsce. I trudno to określić tak na szybko. Tutaj jest przede wszystkim dużo więcej przestrzeni. Chcę ciszy i skupienia, zostaję u siebie w pracownio-sypialni. Chcę trajkotania, idę do Dominiki na pogadanie w dwu językach równocześnie i naukę dwukierunkową. Chcę towarzystwa, schodzę do living room, chcę świeżego powietrza to idę na ogród, gdzie nawet mogę się zmęczyć przy pracach wszelakich.
To nic wielkiego bo domy angielskie nie są po polsku dopieszczane w blichtr i pomadę, ale są funkcjonalne i wygodne. Nasz dodatkowo stoi wysoko i jest suchutki co tutaj ma duże znaczenie. To nie willa z basenem, ale w ogrodzie jest domek i oczko z wodą, gdzie przez zimę przetrwały bez problemu nasze złote rybki Dorotki. Czyli proste życie bez zadęcia, ale też ze spokojną o jutro atmosferą. Taki trochę inny, a jednak swojski świat. Zwłaszcza że już powoli rozumiem co do mnie mówią, potrafię odpowiedzieć tak, że mnie też zaczynają rozumieć. Chyba przyzwyczajam się do też rzeczywistości. Może trudno to zrozumieć, ale w Polsce nigdy nie przyzwyczajałam się do miejsca. Ludzi tam i tutaj wybieram wg bardzo prostego klucza, który moi bliscy znają. A najważniejsza dla mnie zawsze była bliska rodzina i przyjaciele. Z tym, że przyjaciel, to nie tylko słowo, rodzina to też nie drzewo genealogiczne, ale ludzie, którzy rozumieją to słowo głębiej niż kałuża.
O słyszę dzieci, nie wyłapuję słów, tylko ten pozytywny wydźwięk rozmowy, Muzyka dla moich uszu...
Tulipany po Dniu Matki przekwitają powoli, kwiaty w koszyku po Dniu Kobiet czekają na wysadzenie do ogrodu, a ja spoglądam przez okno i kalkuluję:
Wstać czy jeszcze poleniuchować? Nie chce mi się wstawać, słyszę sójkę za oknem, odpowiada gil. Życie na wsi ma swój urok, chociaż ta wieś jeszcze za mało wiejska jak na nasze marzenia.

A przypomniał mi się wczorajszy epizod. Jakiś czas temu Dominika zaczęła zamęczać rodziców o komputer. Nie jakiś tam tablet czy laptop, tylko własny komputer na biurku. No i Maciek przywiózł komputer, trochę przy nim posiedział, bo nowy system, kilka kart dodatkowo, nowa podświetlana klawiatura i mysz i dwa dni temu nie złożył komputera przed przyjściem Dominiki, bo komputer ma być na urodziny z grą minecraft obowiązkowo. Kiedy się połapał, było za późno żeby chować. Ale Dominika nie zauważyła komputera..... Więc kolejny dzień oczywiście nie schował bo w wolnej chwili siadał i przygotowywał go dla Dominiki. Aż wczoraj Dominika zmieniła miejsce przy stole do obiadu i zauważyła nowy komputer. Nie wiedziała dla kogo, więc podpytywała i kombinowała jak się upewnić, że to dla niej. Radość po swoim śledztwie uwieńczyła okrzykiem:

You're the best dad in the world!