17 kwietnia 2015

Radiologia wewnętrzna nr 1 i ... 2

Pierwszy zabieg za mną. Teraz tylko 6 godzin bez ruchu, usunięcie aparatury, podadzą krew, a właściwie płytki krwi i może dzisiaj będę w domu. Na to dzisiaj liczę. Ból do ogarnięcia....

No i miało być leżenie i do domu, a tu do pokoju przychodzi Katie i ma ciekawą propozycję. Wyniki są bardzo dobre, ja mam kolejną ocenę pacjenta bardzo dobrze współpracującego i lekarz proponuje jeszcze jedną radioterapię, po niej od razu usunięcie aparatury, a od razu zaczynają mi podawać dwie dawki krwi (dawka to 275 ml) no i oczywiście, jeśli wszystko będzie wg przewidywań i wszystkie parametry będą tak dobre, jak do tej pory, to dostanę wolne od zabiegów do poniedziałku wieczór, a we wtorek jeden zabieg, w środę dwa i w czwartek, już po nocnym nadzorem szpitalnym wypis do domku.
No i co miałam zrobić?
Moja córka patrzyła na mnie z niedowierzaniem, a ja chociaż się trochę bałam, wiedziałam że z jej wsparciem, tym że jest ze mną cały czas, pociesza, martwi się, ale nie opuszcza mnie nawet na krok dam radę. Tym razem mogła być ze mną cały czas poza czasem promieniowania. Ale i wtedy mogłam z nią mieć kontakt głosowy. Mam bardzo dzielną córkę. Nie wiem ile dzieciaków potrafi tak reagować w sytuacjach bardzo trudnych. Ja od mojej córki dostaję tyle wsparcia, że czasem aż dziwnie się czuję. Jakbyśmy zamieniły się rolami....  Bardzo mocno ją kocham... tylko ciut mniej niż tą najmniejszą w rodzinie :) Ale pakt: 'trzy baby' zobowiązuje :)
Obiad przed wyjściem: w pudełeczku lody. 

Znieczulenie zaczęło schodzić, ale dostałam pakiet wzmacniający i pojechałyśmy na powtórkę z rozrywki z krwią straszącą na stojaku i po pół godzinie byłam co prawda dość mocno obolała, ale po dwóch zabiegach z głowy i ze świadomością, że w czwartek będę już po wszystkim. Czułam obecność moich przyjaciół, pozytywne fluidy w około, a te negatywne odcięłam nożem i co jeszcze bardzo dziwne. Wróciłam do domu jeszcze na środkach bólowych dość mocnych, w domu chwilę odpoczęłam, zjadłam najlepsze lody w ilości niesamowitej. Maciek mimo własnych problemów ze zdrowiem przytargał mi wielką paczkę lodów (mam wredne apetyty, gorzej niż kobieta w ciąży)  i pod nadzorem córki wzięłam prysznic. Byłam już tak zmęczona, że myślami widziałam już tylko łóżko i spokój bez przeszkadzania z igłami, jedzeniem czy przepytywaniem mnie z poziomu bólu.
Zasnęłam jak cegła i o 5:30 obudziłam się bez bólu, wyspana i pozytywnie nastawiana do życia. Dzisiaj i jutro zbieram siły na dwa trudne dni, czyli wtorek i środę. We wtorek mam co prawda jeden zabieg, ale zakładanie znieczulenia zewnątrzoponowego z pompą nie należy do przyjemności, ale po pierwsze da się przeżyć chwilę nieprzyjemności, żeby później dwa dni zabiegów przeszły w miarę komfortowo. Do tego we wtorek jako tłumacza mam Gosię, którą bardzo lubię za perfekcję w tłumaczeniu i bycie człowiekiem wrażliwym. Polubiłam jeszcze moją wczorajszą tłumaczkę. Na początku dość chłodną choć bardzo precyzyjną. Na dzisiaj podziwiam ją jako człowieka silnego i wspaniałego, a do tego potrafiącego otworzyć się i być tak wspaniałą osobą. Bez niej byłoby mi wczoraj dużo trudniej, a tak łatwiej było mi ochronić moją córeczkę. Ale my matki wiemy, co jest najważniejsze w życiu.
A ja mam wszystkie parametry w normie, nawet nad wlewami już panuję, żeby ciśnienie nie skakało jak głupie. Do końca tylko trzy zabiegi, a ja czuję wewnętrznie, że wszystko już jest dobrze.
Hurrra w sobotę będę mogła pojechać do hobbycrafta i trochę zaszaleć z koszykiem :)))