27 grudnia 2013

U moich dziewczyn na wyspie.

Kapelusz filcowy z wełny, wykonany
wg podpowiedzi mojej wnuczki dla mamy,
moimi rękoma.
W listopadzie po długich wahaniach spakowałam ostatnie paczki, zapakowałam bagaż podręczny i po klepnięciu na szczęście kuriera, ruszyłam na wyspę do córki i do wnuczki. Właściwie to nic szczególnego, już tam byłam i  nie leciałam w ciemno. Nie dość że z lotniska zostałam odebrana i wyściskana przez moje dziewczynki to jeszcze czekał na mnie przytulny pokoik przygotowany z wielką starannością przez domowników. Pierwsze tygodnie minęły na poznawaniu nowych zwyczajów mojej starej a jednak nowej rodziny. Docieramy się powoli i choć czasem bywa różnie to kierunek nadal jest na postęp ustawiony.
Z wnuczką dogadujemy się dość dobrze, chociaż ta mała ma charakterek i uparta jest jak całe pokolenie kobiet w naszej rodzinie. Ale jak to mówią, bez uporu nie ma postępu więc nie ma że boli. Wracam do korzeni i dbam żeby wnuczka się rozwijała, poznawała wszystkie techniki plastyczne, nowe słowa po polsku bo naukę angielskiego zostawiam mamie. No i wnuczce zaczyna się podobać ten podział, że babcia uczy po polsku a wnuczka babcię uczy po angielsku.
W między czasie nie zapominam o filcowaniu, malowaniu czy fotografowaniu. Powoli zaczynam zbierać na moje nowe marzenie, Canon EOS 650D wystarczy mi na kolejne 10 lat jak sądzę.
Postaram się uzupełnić trochę wydarzeń z ostatniego miesiąca w najbliższym czasie.