2 maja 2014

Dzień w szkole.

Pobudka o 7 rano, ciuchy na grzbiet i kawa w dłoń. Miałam do wyboru albo autobus do centrum, a jakoś nie lubię wydawać funtów, kiedy od tego się nie wraca do formy. No ale niebo zaciągnęło angielskimi chmurami i  najzdrowiej było pojechać nawet przed czasem byle ominąć deszcz. Tak więc znalazłam się w centrum po ósmej i miałam dobrą godzinę wolnego do własnych pomysłów. Kilka sklepów, kilka miejsc do zwiedzenia i czas minął przyjemnie na zwiedzaniu i zakupach. Lekcje nowym towarzystwie to też ciekawe doświadczenie.
Jesteśmy grupą bardzo wielonarodowościową, czyli mamy przedstawiciela Turcji, Węgier, Słowacji, Serbii, Litwy, Bułgarii, Kambodży, Kurdystanu i Polski. Nigdy nie myślałam, że wyjazd do Anglii będzie skutkował możliwością poznania tylu tak różnych narodowych zwyczajów. Jest świetnie, ciekawo i bardzo twórczo.
Wspieramy się na ile to możliwe, staramy się poznać a wspólna nauka angielskiego jest świetnym motywatorem bo bez tego jednego wspólnego języka trudno się porozumieć.
No ale lekcje szybko minęły, praca do domu zadana, a w drodze powrotnej nie sposób ominąć różnorodnych sklepów. Często kończy się na oglądaniu, ale czasem nie sposób przejść obojętnie obok czegoś w cenie śmiesznie niskiej.
Dzisiaj tak kupiłam książkę królowej szefów kuchni czyli Delii Smith 'How to cook - Book one'. I co dziwne o kuchni angielskiej mówi się, że nie nadaje się do jedzenia i po mojej poprzedniej wizycie u córki pod Bristolem zgadzam się z taką opinią. Jedzenie było straszne, ale że wizyta nie trwała jakoś bardzo długo to bardzo nie narzekałam. Tu taj też zapachy z różnych kuchni nie powalają ślinotokiem. I teraz co jest absurdem to najlepsi kucharze pochodzą własnie z Anglii gdzie kuchnia jest dość mało intrygująca.
I co najistotniejsze to te przepisy są tak świetnie pisane i pokazywane, że dotykają mocno XXI wieku. Chyba czas poćwiczyć wraz z Delii Smith angielską tradycję, wygląda smakowicie i godnie :)
A później zdjęcia z wczorajszej sesji i kolejny dzień dobiegnie końca.