18 maja 2012

Tydzień mija, a ja szykuję się na kiermasz.

Troszkę mnie tutaj nie było, ale to wcale nie znaczy ze nic nie robię. W weekend jest kiermasz i trzeba było trochę popracować. Jeszcze brakuje wszystkiego, żeby to było stoisko jak u prawdziwych filcowniczek, ale nie od razu Kraków zbudowano i cały czas trzeba wybierać między, kulaniem a szykowaniem kramu. Środkowanie idzie w miarę uczciwie dla obu stron. Czyli filc nie cierpi, a stoisko zaczyna być takie na szybkie rozłożenie i złożenie.
Elegancją jeszcze się pobawię ;)

Nie ma dnia, żebym czegoś nie kulała. Co prawda to nadal są proste prace odtwórcze ale droga do wiedzy toczy się przez naśladowanie, powtarzanie do perfekcji i dopiero własne tworzenie.

Jednak w tym wszystkim najbardziej cieszy mnie to, że zaczynam rozumieć to co jest w schemacie i wkładać tam coś własnego, chociażby to coś, to była tylko kropeczka nad i w długim zdaniu złożonego rzemiosła.

 Na pierwszy ogień poszły dredy. Co prawda grubość jeszcze do poprawki ale dredy moje ręce już czuja jak należy. A ręce wypracowały się przy robieniu kapci. Moje pierwsze nieudane są zajeżdżane mocno bo nic tak nie masuje delikatnie stóp, jak filcowy kapeć na gołą nogę o świcie. Co prawda filcowanie kapci to ciężka praca, ale świadomość, że będzie się miało takie kapcie na dobry poranek o świcie wynagradza i gumowe rękawice z wrzątkiem i godziny 'głaskania' filcu. Jak opanuje tą sztukę do końca wg własnego konspektu, to nie zapomnę opisać jej dla chętnych masochistów :)








Kamizelka była wyzwaniem, bo opanowanie wykroju i skali nie było trudne, ale w połączeniu z różną kurczliwością włosa w zależności od kąta położenia, to już zaczynają się schody. Tym razem nie tyle wyszło co udało się, ale chyba trafiłam w skale i wykrój ;) Pasuje tak jak chciałam, a wzór.... hmm będzie lepiej na pewno :)
Przymierzam się do wykonania poncho wg wykroju Diany, bo dostałam zgodę na korzystanie i zamierzam z niej skorzystać :)